Wróg u bram!
Czytaj artykuł
Prostytucja polityczna…

W ostatnich latach wiele razy bulwersowały polską opinię publiczną tzw. transfery polityczne, czyli przechodzenie polityków z jednej partii do drugiej. Może nie wzbudzałyby one tak dużych emocji, gdyby nie styl, w jakim ci politycy porzucali swoje partyjne „mateczniki”. O zmianie przez nich partyjnych sztandarów z całą pewnością nie mogły decydować względy natury zasadniczej, takie jak odejście danego ugrupowania od głoszonej wcześniej ideologii, ponieważ większość partii w Polsce jest kompletnie bezideowa, a w swojej działalności kieruje się wyłącznie żądzą władzy. Nawet rozbieżności zdań, co do taktyki politycznej, nie mogłyby być dostatecznym powodem do zmiany obozu politycznego. Jest bowiem wiele przykładów na to, że politycy, którzy nie mogli dłużej akceptować postępowania własnej partii, rezygnowali z członkostwa w niej i zakładali własne ugrupowanie, albo stawali się politykami niezrzeszonymi. Nie wyrzekali się jednak swoich dotychczasowych poglądów. Co więc jest główną przyczyną wyboru przez tych ludzi nowych dróg politycznych?

W mojej opinii, podstawowym motywem w działalności tego typu polityków jest chęć osiągnięcia osobistych korzyści i dążenie do zrobienia jak największej kariery na salonach władzy. Świadczy o tym bardzo wymownie dotychczasowa postawa wielu z nich, a przykładem na to jest przejście do Platformy Obywatelskiej kilku polityków z PJN i SLD. Partia rządząca posiada szeroki wachlarz „zachęt”, którymi kusi i korumpuje działaczy opozycyjnych, o słabym morale i wielkich apetytach na władzę. Długie pozostawanie w opozycji wywołało wielkie rozgoryczenie wśród prominentnych działaczy PiS i SLD,  spośród których ci ostatni aż przebierają nogami, aby znaleźć się w koalicji z PO. Dlatego biorąc pod uwagę miałkość ich charakterów nie dziwi mnie fakt, że sprzeniewierzyli się wcześniej głoszonym (bo zapewne  niewyznawanym) poglądom i przeszli do obozu rządzącego, uzyskując w nagrodę lukratywne posady i dobre miejsca na listach wyborczych. Dzięki temu Bartosz Arłukowicz (SLD), Joanna Kluzik-Rostkowska (PJN), czy Michał Kamiński (PJN), będą mogli nadal wieść życie w luksusie na koszt polskiego podatnika. Tylko, co oni wniosą cennego do naszego życia politycznego?

Kluzik-Rostkowska i Kamiński, będący wcześniej ważnymi filarami partii Jarosława Kaczyńskiego, obrazili się na swojego lidera i postanowili założyć własne ugrupowanie. Rozłamowcy przybrali nazwę pochodną od hasła wyborczego PiS-u i skupili wokół siebie grono działaczy rozczarowanych polityką Naczelnika. Od samego początku aktywność PJN-u przejawiała się głównie w krytykowaniu poczynań byłego szefa oraz w umizgach wobec Donalda Tuska, a prawdziwe intencje jego założycieli zostały obnażone, gdy kolejni działacze zaczęli przechodzić do Platformy. Sygnał do ucieczki z tonącego okrętu dała oczywiście Kluzik-Rostkowska, która ostentacyjnie zrezygnowała z szefostwa PJN i przyjęła barwy partii rządzącej. Wielu ludzi poczuło się tym faktem zniesmaczonych, zwłaszcza, że jeszcze parę tygodni wcześniej odnosiła się ona bardzo krytycznie do poczynań rządzącej koalicji, a falę oburzenia wzbudził szczególnie wiernopoddańczy hołd złożony przez nią na konwencji PO. Jeszcze gorszą postawą wykazuje się Kamiński, który, co prawda, jest jeszcze formalnie członkiem PJN, jednak mentalnie znajduje się już w szeregach obozu władzy. Prowadzi nadal grę obliczoną na osłabienie PiS-u i przy okazji szkodzi „swojej” formacji, którą z chęcią wprzągłby do rydwanu premiera Tuska. Nie ustaje w próbach zdyskredytowania wcześniejszych swoich mentorów politycznych, wykazując się przy tym zadziwiająco plugawym językiem, co budzi wielkie zażenowanie.

Przykład Arłukowicza pokazuje natomiast, jak człowiek kompletnie bezideowy, który swoją dotychczasową karierę zawdzięcza występom w programie telewizyjnym „Agent” i udziałowi w pracach komisji śledczej powołanej do zbadania tzw. afery hazardowej, potrafi dokonać wolty politycznej, wykorzystując do tego zdobytą wcześniej popularność medialną. Oczywiście bezpośrednie powody są bardzo przyziemne, bowiem po kłótni z liderem SLD o pierwszeństwo na liście wyborczej, sprytny Bartosz porzucił szeregi tego ugrupowania i przyjął propozycję objęcia posady rządowej.

Przytoczone przykłady są najgłośniejszymi transferami, jakie miały miejsce w 2011 roku, jednak nie wyczerpują one tego problemu. Każdego tygodnia dokonują się bowiem kolejne zmiany barw przez pomniejszych działaczy partyjnych. Bez większego rozgłosu i za mniejszą cenę wielu partyjniaków porzuca swoje ugrupowania, po to, aby w końcu odnaleźć się w szeregach Platformy, która wabi ich rozlicznymi przywilejami władzy. Tusk wykorzystuje ten „owczy pęd” do luksusu występujący u wielu przedstawicieli klasy próżniaczej do osłabiania konkurencji politycznej i do podreperowania słabnącego poparcia dla swojego rządu. W polityce podobno wszystkie chwyty są dozwolone, ale gdy patrzę na omawiane zjawisko, to nasuwa mi się jedno tylko określenie, że jest to po prostu prostytucja polityczna!

Artykuł ukazał się w piśmie „Polski Szaniec”, nr 3/2011, s. 2.

POZOSTAŁE POSTY

publicystyka

Upadek warchoła

Jesteśmy świadkami spektakularnego upadku Michała Kołodziejczaka, wiceministra rolnictwa i warchoła, który jeszcze do niedawna siał niemały zamęt na krajowej scenie politycznej. I trzeba przyznać,

Czytaj więcej »