„Pożar w burdelu” – to powiedzenie oznaczające skrajny chaos, panikę i brak kontroli nad sytuacją, wywołane zazwyczaj jakimś nagłym zdarzeniem. Niedawno mogliśmy odnieść wrażenie, że właśnie coś nadzwyczajnego doprowadziło do podobnie absurdalnego zamieszania w partii Polska 2050. Jej lider, Szymon Hołownia, stwierdził bowiem, że w tej formacji „już jest taki burdel, że nie ma co zbierać”, co może być dobrym podsumowaniem żenującego spektaklu, jaki rozgrywał się na oczach całej Polski, w kierowniczych gremiach tego politycznego cyrku. Byliśmy przez dłuższy czas bombardowani informacjami na temat zaciekłej walki o schedę po „marszałku rotacyjnym”, w której zwalczające się frakcje stosowały brutalne i nieczyste chwyty, wprawiając w osłupienie nawet najwierniejszych zwolenników partyjnego start-upu zbudowanego przez „złotoustego” MarSzymka. Jednak zanim zabiorę się do omówienia tej publicznej zadymy, to najpierw rzucę nieco światła na okoliczności, które do niej doprowadziły, bo jak powszechnie wiadomo – „nie ma dymu bez ognia”…
Hołownia, po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich w czerwcu 2025 roku, w których doznał sromotnej porażki, bo pierwszą turę zakończył dopiero na piątym miejscu z wynikiem 4,99% głosów, zyskał nie tylko szydercze miano „marszałka promocyjnego”, ale także przypieczętował los związku partnerskiego z „ludowcami”. Trzecia Droga, pomimo szumnych deklaracji o chęci rozbicia duopolu PO-PiS-u i zmianie oblicza polskiej polityki, stała się tylko wehikułem, który dowiózł do Sejmu skompromitowanych partyjniaków z PSL-u i hołowniowych oszołomów, zapewniając im wygodne posadki ministerialne w gabinecie osobliwości utworzonym przez koalicję centrolewu. Projekt ten kompletnie zbankrutował, obnażając pustkę ideową, maskowaną chwytliwymi postulatami, których ani Hołownia, ani tym bardziej Kosiniak-Kamysz nie brali na poważnie. Dlatego nie ma się co dziwić, że ich wyborcy poczuli się paskudnie wykorzystani, co odbiło się na notowaniach sondażowych obu formacji, które sięgnęły dna, a Trzecia Droga okazała się faktycznie drogą donikąd…
„Marszałek rotacyjny” już w trakcie kampanii prezydenckiej doznał uczucia rozgoryczenia, gdyż „partnerzy” z PSL-u niezbyt gorliwie angażowali się w popieranie jego kandydatury. Nie doświadczył też żadnej wdzięczności od Tuska za wierną służbę dla jego reżimu, a wręcz przeciwnie, Platforma (anty)Obywatelska zrobiła wiele, żeby Hołownię zmarginalizować w dyspozycyjnych mediach i ukarać go za to, że ośmielił się stanąć w szranki z cacanym Bążurem, któremu narobił sporo kłopotów wbijając się z pozostałymi kandydatami na debatę w Końskich. MarSzymek dołączył wtedy na chwilę do ścisłej czołówki peletonu w wyścigu prezydenckim, ale jednocześnie obnażył brudną grę prowadzoną przez sztab Trzaskowskiego i totalnie skompromitował TVP w likwidacji, którą na tej debacie reprezentowała Dorota Wysocka-Schnepf, trafnie nazwana przez Krzysztofa Stanowskiego „arcykapłanką propagandy”.
Wynik wyborów prezydenckich całkowicie zdemolował plany snute wcześniej w „koalicji 13 grudnia”, bowiem, zdaniem Schetyny, wygrana Trzaskowskiego miała zapewnić „domknięcie systemu”, co przyspieszyłoby realizację neomarksistowskiej rewolucji w Polsce. Tusk miał też ostrzegać swoich kamratów, że jeżeli rządzący przegrają te wybory, to stracą wszystko. Nie może więc dziwić, że po wieczorze wyborczym, gdzie odtrąbiono zwycięstwo nad ciemnogrodem, nastąpił straszliwy szok, który napełnił trwogą butną elitkę okrągłostołową… Zabawne były zbolałe miny warszawskich salonowców, którzy długo nie mogli uwierzyć w to, że „ciemny lud” wzgardził namaszczonym przez nich kandydatem i wybrał swojaka na głowę państwa. Na nic się zdały zaklęcia salonu i kampania pogardy wobec znienawidzonego „kibola”, który był dla nich uosobieniem wszystkiego, czym gardzili i czego się panicznie bali. Dlatego po chwilowym oszołomieniu „silni razem” zabrali się do spiskowej roboty, której celem było niedopuszczenie do zaprzysiężenia Karola Nawrockiego. Minister Bodnar spuścił więc ze smyczy prokuratorską sforę, która miała ponownie przeliczyć głosy, w tych komisjach wyborczych, gdzie zgłoszono jakieś nieprawidłowości. Próbowano też powstrzymać Sąd Najwyższy przed stwierdzeniem ważności wyborów, a towarzysz Rysiek Kalisz robił co mógł, żeby sparaliżować działania Państwowej Komisji Wyborczej. Hejterzy ze stajni „Konia” rozpętali zaś dziką nagonkę na prezydenta elekta, czemu wtórowały reżimowe media, rozpowszechniające niedorzeczne teorie spiskowe na temat „ukradzionych wyborów”…
Jednak, żeby plany spiskowców mogły się zmaterializować, to musieli pozyskać do współpracy marszałka Sejmu, który był czołową postacią w tym komediodramacie, bowiem to on odpowiadał za zwołanie Zgromadzenia Narodowego. Dlatego wywierano presję na Hołownię, żeby odroczył zaprzysiężenie do czasu „wyjaśnienia” zamieszania wokół wyborów i sam przejął obowiązki głowy państwa, co mogło doprowadzić do poważnego kryzysu konstytucyjnego i powtórzenia głosowania, tak jak to miało miejsce w Rumunii. W rozgrzanych głowach „prawniczych autorytetów” zrodził się nawet szalony pomysł, żeby MarSzymek w okresie „bezkrólewia” podpisał najważniejsze dla centrolewu ustawy, których nie chciał klepnąć prezydent Duda i z pewnością nie zaakceptowałby jego świeżo wybrany następca. Polityczna mafia złożyła więc Hołowni propozycję nie do odrzucenia i jak on sam przyznał: „Wielokrotnie proponowano czy sugerowano mi, czy byłbym gotowy przeprowadzić zamach stanu. Ale zamachu stanu się ze mną nie zrobi. Jako marszałek Sejmu jestem zobowiązany uszanować wolę większości wyborców”. Hołownia, jak zapowiedział, tak też zrobił, zwołując Zgromadzenie Narodowe na 6 sierpnia 2025 roku, przed którym Karol Nawrocki złożył ślubowanie i formalnie objął urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Dlaczego MarSzymek zawiódł nadzieje spiskowców i tym samym przypieczętował swój upadek? Pojawiło się wiele spekulacji na ten temat, ale moim zdaniem najbardziej wiarygodną wersją jest ta, że Hołownia przestraszył się poważnych konsekwencji karnych, jakie mógłby ponieść za zamach na demokrację, który w głównej mierze obciążył by jego osobę, bo Tusk uzyskałby azyl w Brukseli lub Berlinie. Stąd zapewne wzięły się jego potajemne schadzki z prezesem Kaczyńskim w mieszkaniu Adama Bielana, gdzie mógł negocjować gwarancję bezkarności za wcześniejsze przypadki łamania prawa. Przy okazji przedstawiono mu pomysł na rozwalenie rządzącej koalicji oraz sformowanie rządu technicznego pod auspicjami PiS-u, z udziałem Polski 2050 i „ludowców”, na co dowodem może być również obecność na tych nocnych naradach Miśka Kamińskiego – wicemarszałka Senatu z PSL-u. Jest też możliwe, że w ten sposób Hołownia chciał uzyskać przewagę negocjacyjną w rozmowach z koalicjantami przed zapowiedzianą rekonstrukcją gabinetu Tuska, który nie darzył szczególną atencją ani Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, ani Pauliny Hennig-Kloski i podobno chciał się ich pozbyć. MarSzymek ewidentnie nie miał już zaufania do „sztukmistrza z Sopotu”, zwłaszcza po tym, jak służby podległe premierowi ujawniły w 2024 roku jego udział w aferze Collegium Humanum. Do prasy wyciekły bowiem informacje, że Hołownia próbował załatwić sobie lewy dyplom na tej szemranej uczelni, co wywołało niemały skandal i obniżyło wiarygodność „marszałka rotacyjnego” przed wyborami prezydenckimi. Stwierdził on wtedy z irytacją, że: „Jeżeli służby za tym stoją, albo jeżeli służby lub prokuratura miała w tym swój udział, bo skądś te informacje musiały wyciec, to będzie znaczyło, że to nie jest to, na co się umawialiśmy”. W tych okolicznościach nie może więc dziwić, że szantażowany Hołownia chciał się desperacko wyrwać z uścisku Tuska, który coraz mocniej trzymał go za nabiał…
Jednak ostatecznie nie wyszła mu ta zagrywka, bo na gruncie politycznym została sparaliżowana przez stanowczą interwencję „żelaznego kanclerza”, a przez sektę „silnych razem” został okrzyknięty judaszem, co w tym środowisku skazywało go na ostracyzm. Wylano na niego kubły pomyj, co było objawem totalnej frustracji wśród uprzywilejowanej socjety. Opinią na jego temat podzieliła się również Magdalena Środa, guru lewicowo-liberalnego salonu, która napisała: „Nie rozumiem tego zamieszania wokół Hołowni. To dość spójna i konsekwentna osobowość: karierowicz, narcyz, głupek, oportunista, pozer; taki był, taki jest i taki będzie. On się w ogóle nie zmienia, to ludzie wokół niego, dzięki naiwności, ślepocie, ignorancji czy szalonemu optymizmowi wierzyli, że Hołownia jest kimś innym niż narcyzem, głupkiem, karierowiczem i oportunistą. Trzeba było jakiejś gigantycznej naiwności, by pokładać w nim zaufanie czy traktować go jako poważną osobę. Skąd te zawiedzione nadzieje, skąd te żale i pretensje, że szmata? Takim był, takim jest i takim pozostanie”. Przytoczona wypowiedź, zresztą jedna z łagodniejszych, jest odzwierciedleniem nienawistnych uczuć żywionych do MarSzymka przez jego niegdysiejszych wielbicieli, którzy być może liczyli na to, że dla zaspokojenia ich rojeń da się „rozpiąć na pluszowym krzyżu”. Hołownia, co prawda, próbował się jeszcze głupio tłumaczyć ze swojego flirtu z PiS-em, ale platformiane lemingi nie wybaczyły mu tej zdrady…
Wydarzenia te zbiegły się w czasie z koniecznością oddania funkcji „marszałka rotacyjnego” Włodzimierzowi Czarzastemu, bo tak stanowiła umowa koalicyjna powołująca do życia centrolew. Hołownia zrozumiał, że utrata prestiżowego stanowiska i upokarzająca porażka w wyborach prezydenckich skazują go na degradację w obozie władzy, co wywołało u niego nagły atak paniki. Podjął więc desperacką próbę renegocjowania ustaleń koalicyjnych, w celu zachowania dotychczasowego stołka, ale jego pozycja była tak słaba, że nic nie wskórał w tej materii. W konsekwencji musiał oddać komuchowi laskę marszałkowską, a na otarcie łez wybrano go wicemarszałkiem Sejmu. Tak samo nie udało mu się wzmocnić pozycji swojej partii w rządzie, bowiem Tusk okazał się zupełnie głuchy na propozycję awansowania Pełczyńskiej-Nałęcz na funkcję wicepremiera, co zdaniem Hołowni byłoby pewną rekompensatą za jego osobistą „ofiarę” na rzecz dalszego trwania „koalicji 13 grudnia”. W tych okolicznościach jego narcystyczna natura doznała straszliwego upokorzenia. Dlatego zaczął na gwałt poszukiwać sposobu, który dałby mu szansę dowartościowania się i podtrzymania przekonania o własnej wyjątkowości. Skupił się więc na snuciu niedorzecznych fantazji o możliwościach osiągnięcia sukcesu międzynarodowego, czyli objęcia stanowiska Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców. Pomimo tego, że mało kto wierzył w szanse na spełnienie tych rojeń, to on jednak prezentował niczym nie zmącony optymizm, aż do momentu rozstrzygnięcia castingu. Ambitne plany Hołowni zostały zweryfikowane 11 grudnia 2025 roku, gdy ogłoszono, że nowym komisarzem ONZ został mianowany były prezydent Iraku Barham Ahmed Salih. MarSzymek przyznał wtedy, że ten wybór był dla niego sporym zaskoczeniem i oświadczył, że ma już dla siebie wyjście awaryjne: „Choć komisarzem nie zostanę, mam plan na starość: zostanę poliglotą”…!
W tym miejscu warto się zastanowić: dlaczego PL 2050, mająca jeszcze do niedawna 31 posłów, zajmowała w „koalicji 13 grudnia” słabszą pozycję od Lewicy? Pomimo tego, że jej zerwanie z Tuskiem mogło doprowadzić do utraty większości parlamentarnej i upadku rządu centrolewu. Odpowiedź na to pytanie wymaga cofnięcia się do początków tej formacji. PL 2050 powstała bowiem na fali popularności Hołowni, który w wyścigu prezydenckim w 2020 roku uzyskał całkiem spory wynik 13,87% głosów, co przysporzyło mu liczne grono zwolenników, oczekujących zdyskontowania tego sukcesu w wyborach parlamentarnych. Początkowo do tej formacji dołączyło nawet liczne grono różnej maści aktywistów miejskich i ekologicznych, liczących na nowe otwarcie w polityce i rozbicie partyjnego duopolu. Ale dość szybko okazało się, że trudno jest wypromować nową formację centrową bez wsparcia medialnego TVN-u, bez pieniędzy i trybuny w parlamencie. Dlatego Hołownia publikował w internecie płaczliwe apele o wsparcie finansowe jego inicjatywy, a Michał Kobosko, będący faktycznie spiritus movens tego projektu, zabrał się za organizowanie zaplecza politycznego. Będąc zaś rutynowanym dziennikarzem i specem od public relations, uformowanym w redakcjach „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”, wiedział doskonale jak wykorzystać popularność Hołowni do rozkręcenia partyjnego start-upu i w dodatku posiadał rozległe znajomości w świecie parlamentarnej polityki. Ułatwiło mu to stworzenie w 2021 roku koła parlamentarnego PL 2050, liczącego w szczytowym momencie: 8 posłów, 1 senatora i 1 europosła. Byli to w większości „uciekinierzy” z klubu PO, między innymi: Joanna Mucha, Paulina Hennig-Kloska i Paweł Zalewski, którzy mogli być celowo skierowani przez Tuska do „wsparcia” tej nowej inicjatywy, aby zadbać o jej „właściwy” kurs polityczny. Przyjmowanie do PL 2050 wyrzutków z innych partii wzbudziło jednak niezadowolenie w szeregach lokalnych działaczy, którzy słusznie obawiali się konkurencji ze strony sejmowych „wyżeraczy”, wciskających się na najlepsze miejsca na listach wyborczych. Przykładem takiego udanego desantu jest Rysiek Petru, który we właściwym momencie przytulił się do Hołowni i został wybrany na posła z listy Trzeciej Drogi.
Do pierwszych zgrzytów w rodzącej się koalicji centrolewu doszło jeszcze przed wyborami w 2023 roku. Tusk naciskał bowiem na to, żeby ugrupowanie Hołowni wystartowało ze wspólnej listy z PO i PSL w ramach „zjednoczonej” Koalicji (anty)Obywatelskiej, a oddzielnie miały startować tylko formacje lewicowe (SLD i Razem). Chciał w ten sposób „uporządkować” lewą stronę sceny politycznej i zapewnić swojej formacji całkowitą hegemonię. Jednak Hołownia z Kosiniakiem-Kamyszem, chcąc zachować resztki podmiotowości, zdecydowali się wtedy na samodzielny start w ramach powołanej ad hoc Trzeciej Drogi. Twierdzili bowiem, że koncepcja Tuska to poroniony pomysł, a pójście szerokim frontem trzech oddzielnych komitetów zapewni lepszy rezultat. Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że to oni mieli rację, bo skutecznie zmanipulowali elektorat uzyskując aż 14,40% głosów, co umożliwiło odsunięcie PiS-u od władzy. Jednak „sztukmistrz z Sopotu” nie zapomniał im tego afrontu i czekał tylko na odpowiedni moment, żeby zanihilować partię Hołowni, która w założeniach tuskowych strategów miała być jedynie polityczną efemerydą i po wypełnieniu zadania powinna zakończyć swój żywot w „czułych” objęciach Koalicji (anty)Obywatelskiej.
MarSzymek przez długi czas cierpliwie znosił upokorzenia ze strony Tuska i jego przydupasów, bo życie osładzał mu splendor urzędu marszałkowskiego, ale gdy czas brylowania na czele Sejmflixu zaczął dobiegać końca, to postanowił zerwać się z tuskowej smyczy i zaczął nieźle brykać, o czym pisałem już we wcześniejszych ustępach niniejszego artykułu. Tyle tylko, że jego ambicje zostały natychmiast brutalnie zweryfikowane przez władcę marionetek, który faktycznie rządzi politycznym cyrkiem na Wiejskiej. Okazało się bowiem, że Hołownia nie kontroluje nawet własnej partii, której najważniejsi działacze nie mieli ochoty ryzykować utraty ciepłych posadek ministerialnych, po to tylko, żeby wziąć udział w ambicjonalnej rozgrywce „swojego” szefa. MarSzymek próbował się wcześniej ubezpieczyć na taką ewentualność, usuwając Koboskę z Zarządu Krajowego, bo najwidoczniej stracił do niego zaufanie. Zastąpiła go Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która miała własne nieograniczone ambicje, a w dodatku nie darzyła sympatią i szacunkiem Donalda Tuska, czemu dała wyraz przed kamerami telewizyjnymi na jednym z posiedzeń rządu. Kobosko żalił się nawet, że „od tego momentu nastąpiła faktyczna prywatyzacja partii przez Panią Minister i krąg jej współpracowników, najczęściej osób po prostu zawdzięczających jej stanowiska w administracji centralnej i regionalnej”. Hołownia, nie mając zdolności organizacyjnych, podobno oddał „Pani Minister całkowicie stery w ugrupowaniu”. Jednak na niewiele się to zdało, bo Tusk po przegranych wyborach prezydenckich nie zamierzał ryzykować utraty władzy, aktywował więc swoje uśpione awatary i rozpoczął proces całkowitej destrukcji PL 2050.
Zaczęło się od medialnej krytyki działań podjętych przez Hołownię ze strony niektórych działaczy jego partii oraz od pojedynczych rezygnacji i odejść. Proces upadku przyśpieszył dopiero wtedy, gdy MarSzymek ogłosił 27 września 2025 roku podczas posiedzenia Rady Krajowej, że nie będzie ubiegał się ponownie o funkcję szefa Polski 2050. Jednocześnie poinformował, że nie przyjął oferty wejścia do rządu w randze wicepremiera i ma zamiar całkowicie odejść z polityki. Oświadczył też, że „nie szuka zastępcy, a następcy”, bo „bardzo lubi szukać ludzi silniejszych i mądrzejszych od siebie”. Podejmując taką decyzję zapewne nie przeczuwał, że faktycznie otworzył „puszkę Pandory” oraz że w oczach wielu zwolenników okazał się miękiszonem, rezygnującym z walki w najgorszym momencie dla formacji, której przecież był twarzą.
W styczniu 2026 roku przeprowadzono więc wybory na funkcję przewodniczącego PL 2050, w trybie głosowania internetowego, co miało pokazać nowoczesność tej formacji. Jednak zamiast zachwytów nad „genialnością” pomysłodawców doszło do zaskakującego skandalu, gdyż podczas drugiej tury system wyborczy „zwariował” i liczba wejść zwiększyła się nagle z około 700 do 26 tysięcy. Do dzisiaj nie wyjaśniono przyczyn tej „awarii”, chociaż podobno sprawę „ataku hakerskiego” zgłoszono do ABW. Większość ekspertów wypowiadających się w tej kwestii wykluczyło jednak interwencję zewnętrzną, a winą obarczyli samych organizatorów, którzy niechlujnie przygotowali proces wyborczy, co jest kolejnym blamażem formacji chełpiącej się rzekomym profesjonalizmem i „genem nowoczesności”. Jakkolwiek było z tym domniemanym cyberatakiem, to drugą turę wyborów unieważniono i wtedy rozpętała się karczemna awantura, a Hołownia zamiast załagodzić wewnętrzny konflikt, to jeszcze dolał benzyny do szalejącego ognia. Zgłosił bowiem swoją kandydaturę na szefa PL 2050 i zaszantażował członków, że jak się nie zgodzą na jego nieoczekiwany powrót, to wtedy zabierze swoje zabawki z partyjnej piaskownicy i nie będzie dłużej firmował tego bałaganu swoim nazwiskiem.
W międzyczasie ujawniono poufne rozmowy prowadzone na komunikatorze przez grupę zwolenników MarSzymka, którzy jeszcze przed partyjnymi wyborami mieli dyskutować o tym jak zatrzymać proces wymiany lidera. Poseł Bartosz Romowicz przedstawił nawet plan działania, który miał umożliwić Hołowni powrót do politycznej gry, a ministra (bez)kultury Marta Cienkowska pytała: „Nie da się przesunąć tych wyborów na świętego nigdy? Albo wywalić tych wszystkich cudownych walczących ze sobą kandydatów na zbity pysk?”. Doradzała też Hołowni: „Jak na Radzie Krajowej przesuniesz wybory, to akcję PRZEWRÓT/POWRÓT możemy przeprowadzić na spokojnie”. Jednocześnie uspokajała tych spiskowców, którzy mieli jakieś wątpliwości, pisząc: „Jebać przychylne media. Jak zmienimy zarząd i się weźmiemy do roboty to wszyscy zapomną o tej napierdalance i planowanym przez nas przewrocie. Nie ma co pierdolić bez sensu, trzeba przesunąć te wybory”. Jak widać spiskowcom nie brakowało determinacji, ale uruchomionych procesów nie byli już w stanie zatrzymać i „poszły konie po betonie”…
Ostatecznie 31 stycznia 2026 roku powtórzono drugą turę wyborów, do której zakwalifikowały się dwie kandydatki: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska. Wygrała pierwsza z nich, którą aktywnie wspierał Hołownia. Początkowo obie zwalczające się frakcje deklarowały wolę współpracy, ale gdy nowa przewodnicząca PL 2050 zaczęła robić porządki w tym politycznym burdelu, to wtedy Hennig-Kloska ogłosiła secesję grupy buntowników. Sygnał do opuszczenia tonącego okrętu dał europoseł Kobosko, który wydał specjalne oświadczenie mające uzasadnić i usprawiedliwić działania rozłamowców, stwierdzając w nim, że odchodzi z Polski 2050 i że jego zdaniem ten „projekt dobiega końca”. Pełczyńskiej-Nałęcz (pół-Rosjance, pełniącej w latach 2014-2016 funkcję ambasadora w Moskwie, związanej z Fundacją Batorego) buntownicy zarzucili skłonności apodyktyczne i dążenie do „wprowadzenia w partii dyktatury” oraz oskarżyli ją o defraudację pieniędzy z partyjnej kasy. Nic więc dziwnego, że w tak toksycznej atmosferze nie udało się zażegnać rozłamu i Hennig-Kloska utworzyła nowy klub parlamentarny Centrum, liczący 3 senatorów i 15 posłów. Zadeklarowała przy tym, że: „Dzisiaj nie tylko na świecie, ale także w Polsce mamy coraz więcej skrajności, z którymi chcemy walczyć. Centrum to miejsce, które właśnie tworzy równowagę, dając odpór skrajnościom”. Pomimo tych szumnych deklaracji widać wyraźnie, że buntownicy kierowali się wyłącznie wyrachowaniem i chęcią zachowania ministerialnych stanowisk, a nie sprzeciwem wobec brudnych praktyk politycznych stosowanych przez kierownictwo własnej partii, w których przecież aktywnie uczestniczyli. W mojej opinii, nie wniosą oni żadnych pozytywnych treści do działalności Sejmu, a zapewne przekształcą się w coś, co będzie przypominać grupę deputowanych francuskiego Konwentu Narodowego z czasów rewolucji, zwaną bardzo wymownie „bagnem”. Członkowie tego ugrupowania byli znani z chwiejności poglądów i sprzedawania swojego poparcia każdemu, kto chciał za nie zapłacić brzęczącą monetą lub stanowiskami. Świadectwem takiego serwilizmu Hennig-Kloski i jej kompanów było natychmiastowe złożenie hołdu Donaldowi Tuskowi, który z satysfakcją oznajmił, że pomimo pewnych „turbulencji” stabilność koalicji rządowej została zachowana.
Hołownia, w płaczliwym tonie, skomentował rozłam w PL 2050, przyznając: „To był błąd. Popełniłem błąd, za szybko oddając przywództwo nad tym jeszcze niedojrzałym ruchem. Mam sobie za złe to, że zdecydowałem się ulec radom i zrezygnować z ubiegania się o przywództwo”. MarSzymek zapewne planował gładkie przekazanie władzy Pełczyńskiej-Nałęcz, ale nie docenił oporu, jaki jej osoba wywołuje w partii. Stwierdził bowiem, że grupa buntowników „nie odchodzi z tego powodu, że ma inne pomysły na politykę, a powód jest prosty: nienawiść do Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, u niektórych być może nosząca cechy klinicznej nienawiści”. Powiedział też, że czuje się osobiście oszukany przez Paulinę Hennig-Kloskę, bo okazała wielką niewdzięczność za ministerialny stołek, który jej załatwił, pomimo cechujących ją deficytów intelektualnych i kompetencyjnych. Koboskę nazwał zaś Brutusem, zarzucając mu potajemne knowania z Tuskiem, co bardzo ubodło „szacownego” europosła, czemu dał wyraz w swoim oświadczeniu.
Być może wielu obserwatorów polskiej sceny politycznej zadaje sobie pytanie: jak doszło do tego, że Hołownia, któremu przepowiadano świetlaną przyszłość, zaliczył tak spektakularny upadek? Jeszcze niedawno był taki pyszny i buńczuczny, pomiatał opozycją, zapowiadał „wgniecenie Putina w ziemię” i z radością odbierał srebrny przycisk YouTube za przekształcenie izby poselskiej w tandetny Sejmflix. Wiele było spekulacji na ten temat, ale wydaje mi się, że najbardziej prawdopodobną przyczyną jest to, że MarSzymek niezbyt dobrze odczytał rolę jaką mu przydzielono w teatrzyku dla naiwnych wyborców. Jest przecież oczywistym, że prezenter TVN-u, prowadzący program „Mam Talent!”, nie stworzył sobie samodzielnie partii politycznej, którą następnie wprowadził do parlamentu. Hołownia nigdy nie był kreatorem tej rzeczywistości, lecz tylko kolejną kreaturą systemu okrągłostołowego i został wykorzystany przez prawdziwych konstruktorów sceny politycznej, którzy przeznaczyli mu jedynie rolę przystawki dla Platformy (anty)Obywatelskiej, podobnie jak niegdyś Palikotowi i Petru. Polska 2050 od początku była zaplanowana jako partia sezonowa i będąc faktycznie polityczną efemerydą miała zakończyć swój żywot rozpływając się w Koalicji (anty)Obywatelskiej, tak jak to wcześniej uczyniły popłuczyny z Ruchu Palikota i Nowoczesnej. Jednak MarSzymka poniosła wyobraźnia, bo najwyraźniej sukcesy uderzyły mu do głowy jak woda sodowa i zaczął snuć własne plany, które nie były na rękę jego mocodawcom. Dlatego próbowali go na różne sposoby dyscyplinować, ale mania grandiosa zawładnęła nim do tego stopnia, że przestał być sterowalny. W końcu dostał taki łomot, że załamał się psychicznie i postanowił odejść z polityki. O tym, że zmaga się z depresją poinformowała „Rzeczpospolita”, co wywołało oburzenie opinii publicznej, bowiem bez jego wiedzy i zgody ujawniono tajemnicę lekarską, co on sam określił „przemocowym wyoutowaniem”. Jest też oczywistym, że ten przeciek nastąpił z kręgów rządowych, co z jednej strony ukazuje podłość i brutalność „sztukmistrza z Sopotu”, z drugiej zaś tłumaczy rozchwianie emocjonalne MarSzymka w trakcie awantury o przywództwo w PL 2050.
O tym, że „Tusk jest rudy i mściwy” mówił już dawno temu Aleksander Kwaśniewski, a jego postępowanie wobec koalicyjnego „partnera” potwierdza w całej rozciągłości tę charakterystykę. Nie dość, że Tusk podłożył ogień pod partyjnym burdelem MarSzymka, co doprowadziło do upadku PL 2050, to jeszcze zawziął się do tego stopnia, że chce z niego zrobić przykład ofiary swojej zemsty. Dlatego nie odpuszcza Hołowni nawet po jego marginalizacji politycznej, chcąc go najwidoczniej publicznie upokorzyć i ostatecznie zniszczyć, żeby w ten sposób zniechęcić innych potencjalnych buntowników do podejmowania nierozważnych kroków. Na hasło: „Tusk się wściekł” – wszyscy towarzysze z „koalicji 13 grudnia” mają robić pod siebie, bo herszt tej bandy żywi się ich strachem. Tymczasem tygodnik „Polityka” zaatakował żonę Hołowni, zarzucając jej, że jest za młoda na pobieranie do końca życia wysokiej emerytury mundurowej. Ten paszkwil wywołał emocjonalną reakcję byłego marszałka, który napisał w mediach społecznościowych: „Wolne Media w natarciu. Wczoraj zajęły się ujawnianiem moich chorób, dziś na afisz biorą moją żonę, która po prawie 19. latach służby, w której dosłownie narażała życie, przy każdym dyżurze bojowym, będąc pierwszym ogniwem obrony RP (a więc i bezczelnie handlujących dziś jej wizerunkiem dziennikarzy) – odeszła na wcześniejszą emeryturę”. Dodał też, że: „Rozumie taktykę – znienawidzonego polityka najpierw »uderzyć « depresją, a później wziąć się za jego żonę. Kiedy przyjdzie czas na lustrację naszych 8- i 4-letnich dzieci? Kiedy przyjdzie czas na opamiętanie, że tak – PiS miał lepkie ręce i zmienił media w szczujnię, ale nienawidzić tak, jak »obóz demokratyczny«, jego media i klakierzy, nie potrafił nawet on”. No cóż, podły atak dyspozycyjnych pismaków na rodzinę Hołowni jest godny potępienia, ale zmusił go w końcu do refleksji nad wartością zawieranych przez niego politycznych aliansów z osobnikami pozbawionymi skrupułów i przyzwoitości…
Najwięcej na awanturze w PL 2050 zyskał Tusk, który ryzykownie zagrał na podział tej partii, ale w efekcie tanio kupił Hennig-Kloskę i pozbył się niewygodnego Hołowni, a w dodatku zdyscyplinował rozbrykaną „koalicję 13 grudnia”. Z tonącej Polski 2050 uciekają kolejne szczury, bo ta pogruchotana łajba szoruje już po dnie, z poparciem w granicach błędu statystycznego i z nową przewodniczącą, która, zamiast wicepremierem, została syndykiem partyjnej masy upadłościowej. Dlatego uciekinierzy od Hołowni mogą teraz swobodnie uprawiać polityczną prostytucję i szukać sobie nowego alfonsa, który zadba o ich potrzeby. MarSzymek, co prawda, próbował nieudolnie gasić pożar w swoim politycznym burdelu, ale mu się to nie udało i z partyjnego start-upu zostały tylko zgliszcza… No cóż, wcale mi go nie żal, bo widocznie nie nadaje się do polityki, a poza tym, taki jest „los rozdętych wielkości. Pcha się bestia nachalnie, póki jej kto jasną cholerą w oczy nie zaświeci”, a potem jest już tylko płacz i zgrzytanie zębów…


