Wydarzenia, które w 2014 roku rozgrywały się na naszych oczach pokazały jednoznacznie, że poziom polskiej polityki sięgnął dna. Jak na dłoni widać, że politycy koalicji PO-PSL nurzają się w bagnie moralnym, przy kompletnej bezsilności opozycji, która może jedynie czekać na dalszy rozwój wypadków i ostateczny wyrok wyborców w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Do tego czasu raczej nic się nie zmieni, no może poza jeszcze większą degrengoladą grupy trzymającej władzę. Istnieje również duże prawdopodobieństwo, że wynik plebiscytu wyborczego może zostać wypaczony. Jak bowiem wynika z ujawnionej rozmowy ministra Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką, sitwa przewidziała kłopoty z utrzymaniem się przy korycie. Dlatego dużym strumieniem pieniędzy z banku centralnego i z praktycznie zlikwidowanych OFE zamierza sobie kupić przychylność Polaków, szczególnie emerytów i rodzin wielodzietnych, co zresztą zapowiedział Donald Tusk w swoim „małym” exposé. Oburzenie budzi również zapowiedź podwyżek płac dla pracowników administracji publicznej, co w dobie kryzysu i gorączkowego poszukiwania oszczędności budżetowych oraz chronicznej niewydolności naszej biurokracji jest krokiem nieuzasadnionym. Jednak zrozumiałym z punktu widzenia strategii wyborczej PO, która rozbudowując do niebywałych rozmiarów system klientelizmu politycznego stara się teraz zmobilizować ogromne rzesze urzędasów do głosowania na partię rządzącą.
Politycy PO kreują się na prawdziwych wizjonerów i dobrych gospodarzy, którzy zapewnili Polsce 10 lat „świetlnych” wspaniałego rozwoju i modernizacji. Tyle tylko, że to jedynie propaganda, którą bezwzględnie weryfikuje życie. Wypowiedzi Sienkiewicza ujawniły właśnie prawdziwe kulisy platformianych rządów, których sztandarowe projekty niefrasobliwy dygnitarz skwitował słowami, że są to „ch…, dupa i kamieni kupa”, przyznając jednocześnie, że „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Po takim występie minister powinien podać się do dymisji i ze wstydem odejść w niebyt polityczny. Tymczasem chełpiąc się statusem pokrzywdzonego, kurczowo trzymał się swojej posady rządowej i próbował rzekomo wyjaśnić aferę taśmową, której jest jednym z głównych bohaterów. Nie pierwszy to raz, kiedy rządzący są sędziami we własnej sprawie. Tak właśnie politycy z PO i PSL pozamiatali pod dywan wcześniejsze swoje afery. Ale w tym przypadku jest to prawdziwe kuriozum, ponieważ dla śledczych ważniejsze jest to, kto kogo i w jakim celu nagrał, niż to jakie przekręty planowali najwyżsi rangą funkcjonariusze państwowi. Widać więc gołym okiem, że mamy do czynienia z desperacką próbą ratowania notowań rządu, w trakcie której sitwa sprawująca władzę nie waha się przed żadną niegodziwością – bezczelnie kłamiąc, łamiąc składane obietnice i naginając prawo.
Płonne są też nadzieje tych, którzy kierują apele do „ludowców” o porzucenie patologicznego układu z PO, ponieważ już dawno temu Platforma scementowała koalicję i zapewniła sobie bezwzględną lojalność swojej przystawki. Prominenci z PSL-u spłacają teraz dług wdzięczności za ukręcenie łba aferze związanej z firmą Elewarr i przywróceniem do łask ministra Sawickiego. Zacieśnieniu współpracy służyły też prokuratorskie przeszukania w biurach szefa klubu parlamentarnego PSL – Jana Burego, przeprowadzone w trakcie głosowania nad wnioskiem o wotum nieufności wobec ministra spraw wewnętrznych. A jak powszechnie wiadomo poseł Bury troszczy się o znajomych i ich interesy, tak samo zresztą jak cała jego partia, która od wielu lat uprawia na koszt podatników swoiście pojętą politykę prorodzinną, dbając o kariery i wzrost zamożności własnych familii. Dlatego nie powinna nikogo dziwić uległość „ludowców” wobec trzymającej ich za przysłowiowe „jaja” Platformy, która wie jak wykorzystać słabości coraz zachłanniejszych obszarników z PSL-u.
W takim kontekście całkiem realny staje się również scenariusz nakreślony przez nadwornego salonowca prezydenckiego – Romana Giertycha, który stwierdził, że „Platforma Obywatelska zwiększyłaby swoje szanse na wygraną w 2015 roku dzięki połączeniu wyborów parlamentarnych i prezydenckich” oraz dodał, że „takie rozwiązanie pomogłoby przesunąć ciężar kampanii z obozu rządowego na prezydencki”. Dlatego nie może być zaskoczeniem, że dotychczas bierny i ospały lokator Pałacu Namiestnikowskiego nagle się ożywił i zaczął nawet rozdawać karty w polityce platformianej. Sprzyja temu wygrana Donalda Tuska w kastingu na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej i związane z tym jego odejście z polityki krajowej, jak również „emigracja” innej „gwiazdy” PO – Elżbiety Bieńkowskiej, która ma objąć urząd komisarza unijnego. Awanse czołówki polityków z partii rządzącej, z jednej strony są elementem dawno już rozpoczętego exodusu platformersów do Brukseli, którzy w przewidywaniu możliwej klęski wyborczej wybrali wariant ucieczki przed odpowiedzialnością, a z drugiej są efektem wieloletnich zabiegów o posady unijne, co zostało okupione rezygnacją rządu z twardego zabiegania o polskie interesy narodowe na forum Unii Europejskiej. Następstwem dymisji premiera Tuska jest także rekonstrukcja ekipy rządowej, połączona z odejściem najmniej popularnych ministrów na inne ciepłe posadki i nominacja na szefa rządu Ewy Kopacz, której głównym zadaniem będzie zabezpieczenie interesów sitwy rządzącej przed możliwym oddaniem władzy.
Ze smutkiem należy również przyznać, że sprytnymi zabiegami marketingowymi sztabowcy Platformy, na jakiś czas, wytrącili opozycji oręż z rąk i przejęli inicjatywę polityczną. Orgia zachwytów nad osobistym sukcesem Donalda Tuska, który zapewne tak jak w przypadku Jerzego Buzka nie przyniesie Polsce żadnych wymiernych korzyści, odwróciła uwagę opinii publicznej od afery taśmowej. Stworzyła też mylne wrażenie, że rządzą naszym krajem ludzie, których szanuje cała Europa, tylko „ciemny lud” znad Wisły ich nie docenia, podobnie jak Lecha Wałęsę, który przecież w pojedynkę obalał komunizm. Nominacja na premiera niemrawej i pozbawionej znaczących osiągnięć Ewy Kopacz jest też ukłonem w stronę elektoratu kobiecego. W tym wypadku wystarczyło, że mierna, bierna, ale wierna Tuskowi prominentna aktywistka PO, gotowa jest wykonywać polecenia swojego dotychczasowego pryncypała.
A gdyby komuś nie wystarczyło obserwowanie puszczonej w ruch karuzeli stanowisk rządowych, to zawsze będzie mógł się emocjonować obradami komisji śledczej ds. likwidacji WSI, o której powołaniu sejm już praktycznie zdecydował. Zapewne ku uciesze Radka Sikorskiego, który na taśmach prawdy stwierdził, że „można zaj…ć PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza”. Akcja ta ma na celu podkopanie zaufania do największej partii opozycyjnej, która w ostatnich miesiącach próbuje zjednoczyć polską prawicę. Dlatego nie może dziwić solidarność postkomunistów i platformersów w obliczu realnego dla nich zagrożenia. I tak jak niegdyś próbowano zniszczyć Zbigniewa Ziobrę przy pomocy komisji śledczej do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, tak teraz podejmowana jest próba wyeliminowania z polityki likwidatorów WSI. Współdziałanie w tym procederze polityków wywodzących się z dawnego reżimu i „styropianowych kombatantów” z PO nie może dziwić tych, którzy pamiętają przechwałki byłego funkcjonariusza służb specjalnych gen. Gromosława Czempińskiego, który przyznał się do tego, że miał duży wkład w powstanie Platformy. Natomiast samej zasadności rozwiązania WSI nikt o zdrowych zmysłach i intencjach nie powinien podważać, mając w pamięci niechlubny udział tych służb w inwigilowaniu i dezintegrowaniu legalnie działających partii politycznych, a także ich podejrzane konszachty zagraniczne i współpracę ze środowiskami przestępczymi. Przecież nikt chyba nie tęskni za tym, aby o kształcie polskiej sceny politycznej decydowały zamiast wyborców intrygi służb specjalnych i zawartość szafy pułkownika Lesiaka. Dlatego właśnie duże nadzieje budzi proces jednoczenia się prawicy patriotycznej, który, jeśli zakończy się powodzeniem, to w znaczący sposób zmieni status quo w polskiej polityce.
Artykuł ukazał się w piśmie „Polski Szaniec”, nr 3/2014, s. 2.


