Wróg u bram!
Czytaj artykuł
Dyplomatoły, czy cyniczne szuje?

8 lutego 2024 roku wicekanclerz Tusk zaatakował za pośrednictwem platformy X (dawniej Twitter) republikańskich senatorów z Kongresu USA, pisząc, że: „Ronald Reagan, który pomógł milionom z nas odzyskać wolność i niepodległość, musi dziś przewracać się w grobie. Wstydźcie się”. Pretekstem do tego ataku było to, że republikanie zagłosowali przeciwko projektowi ustawy, który łączył środki na wsparcie Ukrainy, Izraela i Tajwanu z reformami imigracyjnymi.

Prowokacja tuskowa wywołała duże oburzenie za oceanem i spotkała się z szybką reakcją amerykańskich polityków. Republikański senatorLindsey Graham, w czasie debaty w Kongresie, zwrócił się wprost do Donalda Tuska, stwierdzając: „Panie premierze Polski, nie interesuje mnie, co pan o mnie myśli. (…) Chcę pomóc Ukrainie, chcę by NATO było silniejsze, ale mój kraj jest w ogniu. Mamy 7 mln ludzi, którzy przychodzą przez pękniętą granicę. Jakby się pan czuł, gdyby 7 mln ludzi przybyło nielegalnie do Polski? Czy nadal stawiałby pan Ukrainę nad Polskę? Nie zamierzam stawiać Ukrainy, Izraela czy jakiegokolwiek innego kraju przed USA”. Wybryk emerytowanego „króla Europy” skomentował też Nile Gardiner, pisząc, że: „Jako osoba, która pracowała dla Margaret Thatcher, uważam, że Reagan zdecydowanie potępiłby antydemokratyczne posunięcia podejmowane przez rząd Tuska w Polsce, w tym wsadzanie do więzień polityków opozycji i zamykanie stacji telewizyjnych. Żelazna Dama też byłaby przerażona”. Zarzucił również Tuskowi, że ten nie tylko „nie rozumie dyplomacji ani demokracji”, ale także wykazał się pogardą zarówno dla części amerykańskich senatorów, jak i dla narodu amerykańskiego. Gardiner nazwał lidera centrolewu „chodzącą katastrofą dla Polski i stosunków amerykańsko-polskich”, ostrzegając przy tym, że kiedy „Joe Biden opuści Gabinet Owalny, Donald Tusk nie będzie mile widziany w Białym Domu”.

Przestrogę tę należy traktować poważnie, bowiem „król Europy” już wcześniej nagrabił sobie u Donalda Trumpa, gdy w 2019 roku podczas szczytu NATO, będąc przewodniczącym Rady Europejskiej, zrobił sobie fotkę z palcami wycelowanymi w plecy amerykańskiego prezydenta, a potem szydził z niego w mediach społecznościowych. Tusk, nieco później, włączył się też w kampanię prezydencką w USA, komentując bezczelnie problemy Trumpa z rozliczeniami podatkowymi. Ostatnio natomiast, w lutym 2024 roku, podważał publicznie wiarygodność republikańskiego kandydata, w kwestii dochowania przez niego zobowiązań sojuszniczych, po jego ewentualnym zwycięstwie w tegorocznych wyborach prezydenckich. Pretekstem do ataku na Trumpa stały się jego deklaracje, że będzie się on domagał, aby wszystkie państwa NATO wywiązały się z obowiązku przeznaczania na obronność 2% swojego PKB oraz manifestowana przez niego niechęć do obrony krajów, które tych wymogów nie spełniają. Polska, jak wiadomo, z dużą nawiązką wypełnia te kryteria, czego nie można powiedzieć o Niemcach, którzy od wielu lat nie wypełniają swoich zobowiązań. Dlaczego więc Tusk wykazuje taką nerwowość? Może martwi się o zasobność portfeli niemieckich podatników, którzy już od dawna są pasażerem na gapę w NATO. Bezpieczeństwo kosztuje i jego finansowanie musi być sprawiedliwie rozłożone na wszystkie państwa członkowskie. Dlatego Trump próbuje wycisnąć z europejskich krezusów więcej pieniędzy na obronę, co ściąga na niego wściekłe ataki ze strony establishmentu lewicowo-liberalnego. W tych okolicznościach nasuwa się więc pytanie: Czemu służy ta niepoważna dyplomacja twitterowa uprawiana przez Tuska?

Jest przecież oczywistym, a nawet pożądanym, gdy polityk broni interesów własnego kraju i dba o dobro swoich rodaków. Donald Trump i jego republikańskie zaplecze najwidoczniej przedkładają potrzeby Amerykanów ponad dobre samopoczucie liderów Unii Europejskiej, którzy przyzwyczaili się już do życia na koszt biedniejszych krajów członkowskich i do zapewniania sobie bezpieczeństwa kosztem amerykańskiego podatnika. Tyle tylko, że epoka opływania w luksusy i czasy pokoju w Europie skończyły się, ale to najwidoczniej jeszcze nie dotarło do umysłów unijnych decydentów. Z jednej strony wzrasta świadomość i oczekiwania materialne społeczeństw w krajach wyzyskiwanych przez „starą” Europę oraz powiększa się dystans niewydolnej gospodarki unijnej do liderów światowego rozwoju gospodarczego. Z drugiej zaś Putin wywalił stolik negocjacyjny, a wszczynając zaborczą wojnę na Ukrainie, złamał obowiązujące dotychczas paradygmaty europejskiej polityki, wnosząc na brukselskie salony poczucie strachu i niepewności jutra, zagrożonego powrotem brutalnego imperializmu rosyjskiego. Wyzwania te wymuszają na państwach „kolektywnego” Zachodu zwiększenie wydatków na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, co w konsekwencji prowadzi do obniżenia stopy życiowej ich obywateli. A to z kolei niepokoi polityków zależnych od reguł demokratycznych, bowiem od dekad wieszczyli oni „koniec historii” wojen w Europie i obłudnie obiecywali epokę wiecznego dobrobytu. Dlatego trudno się dziwić, że kanclerz Scholz, zagrożony stale spadającymi sondażami popularności, miga się jak potrafi od wypełnienia zobowiązań wobec sojuszników z NATO. Nie może też dziwić oburzenie Amerykanów na sknerstwo Niemców, których obecnie chroni parasol atomowy USA i wschodnia flanka sojuszu, gdzie Polska odgrywa kluczową rolę. W tych okolicznościach można się więc zgodzić z prezydentem Dudą, który komentując wybryki Tuska, stwierdził, że: „Obrażanie połowy amerykańskiej sceny politycznej nie służy ani naszym interesom gospodarczym, ani bezpieczeństwu Polski”.

Dlatego wielkim błędem Tuska jest mieszanie się w politykę wewnętrzną Stanów Zjednoczonych i bezrefleksyjne popieranie jednego z kandydatów w wyścigu do Białego Domy, bowiem przyniesie to przykre następstwa, zwłaszcza, gdy Trump wygra wybory z pogrążonym w demencji Bidenem. Na publiczne komentowanie amerykańskiej polityki mogą sobie pozwolić publicyści lub ludzie pozostający poza bieżącą polityką, ale nie urzędujący premier, którego wypowiedzi nie są traktowane jak prywatne opinie, tylko jako odzwierciedlenie aktualnej agendy politycznej polskiego rządu. W tym przypadku aktywność twitterową Tuska należy rozpatrywać jako przejaw niezdrowej megalomanii, bo najwidoczniej kariera unijnego biurokraty uderzyła mu do głowy, niczym woda sodowa, wywołując u niego chorobę zwaną manią grandiosa, która popycha go do ingerowania w procesy wyborcze największego sojusznika. A przecież nietrudno zrozumieć, że tak jak Polacy nie życzą sobie mieszania się w nasze sprawy wewnętrzne, tak Amerykanie z oburzeniem reagują na wybryki lidera centrolewu, którego postępowanie należy uznać za ewidentne szkodnictwo. W przypadku zaś uporczywego trzymania się tej błędnej polityki i narażania interesów Polski, trzeba będzie zakwalifikować postępowanie Tuska jako zdradę stanu, co musi pociągnąć za sobą surowe konsekwencje.

Niestety, nie widzę szans na poważną korektę tego niebezpiecznego kursu przez „polską” dyplomację, na której czele stanął ponownie Radek Sikorski, popierający w całej pełni poczynania swojego pryncypała. Już bowiem w 2014 roku ujawnił on swój prawdziwy stosunek do amerykańskiego sojusznika, podczas wystawnej kolacji w restauracji „Sowa&Przyjaciele”, gdy spożywając ośmiorniczki i wykwintne wino, w towarzystwie ministra Rostowskiego, oznajmił, że: „Sojusz polsko-amerykański jest nic nie warty. Jest szkodliwy, bo daje poczucie bezpieczeństwa”. Dodał również, że w następstwie zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi „skonfliktujemy się z Niemcami i Francuzami… Bo zrobiliśmy laskę Amerykanom”. Uznał też Polaków za „frajerów”, ponieważ według niego „problemem w Polsce jest to, że mamy płytką dumę i niską ocenę, taką murzyńskość”. Potem było już tylko gorzej, ponieważ w 2022 roku Sikorski umieścił wpis na Twitterze odnoszący się do wysadzenia gazociągu Nord Stream, za co podziękował USA, jednoznacznie sugerując, że stoją za tym Amerykanie. Nieprzytomne wynurzenia „pana z Chobielina” wywołały burzę za oceanem, stawiając go w złym świetle, bowiem od „oksfordczyka” i „rutynowanego” dyplomaty spodziewano się zapewne większej powściągliwości i ogarnięcia. Rzecznik Departamentu Stanu, Ned Price, oświadczył: „Idea, że USA stały za wybuchami gazociągów Nord Stream, jest niedorzeczna i nie jest niczym więcej, niż funkcją rosyjskiej dezinformacji”. Podkreślmy też, że ta krytyczna ocena wybryków „Radka zdradka” nie wyszła z obozu znienawidzonego przez niego Trumpa, tylko z gabinetu Joe Bidena, hołubionego przez warszawskich salonowców. Sikorski, co prawda, szybko usunął kompromitujący go wpis, ale zdążył zyskać wdzięczność Putina, bowiem rosyjski dyplomata podziękował mu za ten gest podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ. W świetle tych faktów, można więc przyjąć, że mianowanie Sikorskiego ministrem spraw zagranicznych może być uznane za policzek wymierzony Amerykanom i zamanifestowanie zmiany kursu polityki zagranicznej Rzeczypospolitej.

Poczynania Tuska na arenie międzynarodowej budzą moje największe obawy, ponieważ ewidentnie zrywa on z polityką upodmiotowienia państwa polskiego, powracając do swojej ulubionej zależności wasalnej od protektora z Berlina i biurokratów z Brukseli. Świadczą o tym jego pierwsze kroki na scenie europejskiej, po przejęciu przez niego władzy w Polsce, bowiem klepnął już pakt migracyjny i centralizację UE, zahamował projekty inwestycyjne, które stwarzają konkurencję dla niemieckiej gospodarki oraz włączył się w próbę reaktywacji zdezelowanej osi Paryż – Berlin – Warszawa, dążąc do wprzęgnięcia Polski w rydwan niemieckiej polityki. Tusk, w czasie ostatniej wizyty w stolicy Niemiec, wykonał też oburzający gest poddaństwa wobec zachodniego sąsiada, gdyż bezceremonialnie zakomunikował kanclerzowi Scholzowi, że dla niego „kwestia reparacji została zamknięta wiele lat temu”. Ucieszyło to niezmiernie niemieckiego włodarza, bowiem dostał on wolną rękę do zarobienia zadośćuczynienia według swojego uznania, a Tusk sprzedał nasze interesy za przysłowiową „czapkę śliwek” robaczywek. W dodatku, jego poczynania bezwarunkowo popiera minister Sikorski, który już w 2011 roku składał „hołd berliński”, deklarując, że „mniej zaczyna się obawiać niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności”, co po wielu latach nadal podtrzymuje, namawiając do wsparcia niemieckich dążeń hegemonicznych, przejawiających się obecnie w projekcie centralizacji Unii Europejskiej pod kierownictwem „nordyckiej rasy panów”. Zachętą dla „sztukmistrza z Sopotu” i jego zausznika do uprawiania polityki serwilistycznej, jest podobno obietnica objęcia przez niego stanowiska szefa Komisji Europejskiej, a Sikorskiemu powierzenia projektowanej funkcji komisarza do spraw obronności, bo na wymarzoną posadę w strukturach NATO, bez poparcia niechętnych mu Amerykanów, nie może raczej liczyć.

Obserwując od wielu lat politykę polską i unijną doszedłem do wniosku, że ci, którzy obecnie uchwycili w swoje łapy ster rządów w Polsce nie są żadnymi dyplomatołami, jakimi chcieliby ich widzieć naiwni przedstawiciele opozycji. W mojej opinii rządzą nami cyniczne szuje, świadomie i z premedytacją demontujący nasze państwo, co jest niezbędnym warunkiem przyjęcia ich na unijne salony, gdzie doświadczą życia w luksusie, który już niejednemu renegatowi zawrócił w głowie. Dlatego niezmiennie irytuje mnie służalcza postawa Tuska, zachowującego się jakby nie był premierem polskiego rządu, tylko wicekanclerzem Niemiec. Jednego dnia składa wyborcom obietnice dbania o polskie interesy, a chwilę później jedzie do Berlina i Brukseli, gdzie bez wahania i wstydu sprzedaje nas za miraże unijnej kariery. To zaiste żenujące zachowanie i trudno byłoby znaleźć podobny przykład skundlenia moralnego wśród przywódców innych państw europejskich. Można powiedzieć, że nawet czerwoni renegaci stojący na czele PRL-u zachowywali więcej pozorów niezależności wobec decydentów z Kremla. Niestety, także od pozostałych członków ekipy Tuska nie można oczekiwać niczego dobrego, bowiem „jaki pan taki kram”… W tym kontekście, nadchodzące lata można uznać za stracone dla budowania silnej pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak dążyć do skrócenia recydywy rządów centrolewu, bo tylko odsunięcie od władzy antypolskich szkodników może położyć kres wasalizacji Polski i otworzyć jej drogę do wielkości…

Artykuł ukazał się w internecie 20 lutego 2024 roku.

POZOSTAŁE POSTY

publicystyka

Upadek warchoła

Jesteśmy świadkami spektakularnego upadku Michała Kołodziejczaka, wiceministra rolnictwa i warchoła, który jeszcze do niedawna siał niemały zamęt na krajowej scenie politycznej. I trzeba przyznać,

Czytaj więcej »