Wróg u bram!
Czytaj artykuł
Previous
Next
Bezrząd koalicji PO-PSL

Wydarzenia z ostatnich miesięcy 2014 roku zdają się potwierdzać tezę byłego już ministra Bartłomieja Sienkiewicza, który przy suto zastawionym stole w restauracji „Sowa & Przyjaciele” z rozbrajającą szczerością przyznał, że „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. W  wywiadzie z grudnia 2014 roku dla „Krytyki Politycznej” ten zdeklasowany dygnitarz, obecnie poszukujący sobie nowego miejsca w świecie polityki, zmodyfikował nieco swoje wcześniejsze stwierdzenie, doceniając łaskawie fakt posiadania własnego państwa i przyznając, że jest ono „jedyną arką, którą Polacy mają”, co prawda, według niego „czasem mają to państwo w nosie, ale bez niego są tylko zdziczałym plemieniem”.

Przyznaję, że zgadzam się ze „złotoustym” Bartkiem co do jednej rzeczy, mianowicie posiadanie własnej niezależnej państwowości jest faktem nie do przecenienia, ze wszech miar uzasadnionym historycznie. Jednakże nie mogę przyznać mu racji w kwestii odpowiedzialności za fatalny stan naszego państwa, którą niewątpliwie ponosi jego obóz polityczny, a którą on stara się usilnie przerzucić na barki opozycji, szczególnie tej prawicowej. Pokrętnie tłumacząc katastrofalne skutki rządów koalicji PO-PSL „agresywną ignorancją wobec tego państwa” ze strony PiS-u, który, jego zdaniem, cynicznie destabilizuje Polskę organizując „przeciwko temu państwu całkiem spory elektorat najpierw pod hasłem »zamachu w Smoleńsku«, a teraz pod hasłem »sfałszowali wybory«”. Karkołomny to zaiste sposób na odwrócenie uwagi Polaków od bezrządu, który za przyczyną ludzi jego pokroju zapanował w Rzeczypospolitej. Ale prawdziwe łajdactwa rządzących, wbrew ich usilnym staraniom, i tak wychodzą na jaw, nieustannie bulwersując polską opinię publiczną.

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów degrengolady ludzi z obozu władzy są polityczne losy Radka Sikorskiego, który po odwołaniu go z funkcji ministra spraw zagranicznych został osadzony na fotelu marszałka sejmu. Od początku swojego urzędowania stał się bohaterem międzynarodowego skandalu, gdy ujawnił rzekomo zasłyszane przez niego podczas rozmowy Putina z Tuskiem rosyjskie propozycje rozbioru Ukrainy. Takim samym blamażem zakończyła się zastawiona przez niego pułapka na posłów opozycji wyłudzających z kasy sejmowej nienależne im diety. Bo o ile jest to proceder naganny moralnie i nie do usprawiedliwienia, to tym bardziej wymaga nieskazitelnej postawy od ludzi, którzy zajmują się rozliczaniem pasożytów parlamentarnych. Tymczasem przy okazji poczynionego audytu wyszło na jaw, że inkwizytor Sikorski, który chciał uchodzić za wzór cnót, sam wyłudził z sejmu około 80 tys. zł za kilometrówkę, chociaż był pod całodobową opieką BOR i korzystał z limuzyny rządowej, tak jak wtedy, gdy borowcy dowozili pizzę do jego dworku w Chobielinie. Po raz kolejny ten notoryczny skandalista wprawił nas w osłupienie, gdy ujawniono informację o tym, że w latach 2010-2014 zapłacił z kasy państwowej 266 tys. zł za sprawdzenie swoich 14 przemówień przez byłego ambasadora brytyjskiego Charlesa Crawforda. I trudno uwierzyć w to, że nie można było znaleźć kompetentnego pracownika w MSZ, który mógłby „doszlifować” angielszczyznę ministra starającego się uchodzić za wytwornego absolwenta uniwersytetu w Oksfordzie. Zwłaszcza, że w tym czasie Sikorski zatrudniał w resorcie do pomocy w tłumaczeniu swoich tekstów „specjalistkę” – córkę ministra Jacka Rostowskiego. Przypomina mi to groteskową postać bohatera powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, niejakiego Nikodema Dyzmy, który także podawał się za absolwenta tej renomowanej angielskiej uczelni.  Jednak największe oburzenie wywołał fakt, że o treści ważnych wystąpień ministra polskiego rządu w pierwszej kolejności dowiadywał się obcy dyplomata i być może wywiad brytyjski, a dopiero potem władze naszego państwa. Z jednej strony może to świadczyć o kiepskich kompetencjach ministra i jego resortu, a z drugiej może być efektem pogardy z jaką traktuje on Polaków, przypisując nam na „taśmach prawdy” mentalną murzyńskość.

Nie lepiej przedstawiają się osiągnięcia ekipy „wschodzącej” gwiazdy PO, Ewy Kopacz, która na czele żenującej trupy błaznów i kuglarzy próbuje zaklinać rzeczywistość i odwracać naszą uwagę od prawdziwych problemów nurtujących społeczeństwo. Chociaż być może ten polityczny cyrk, to i tak lepsza alternatywa, bo jak „przebojowa” Ewka zaczęła się brać za bary z poważnymi wyzwaniami, nieudolnie stylizując się na Żelazną Damę, to nagle zrobiło się mało śmiesznie. Zwłaszcza, gdy czołowe postacie rządowego kabaretu przyczyniają się do wywoływania kolejnych protestów społecznych. Jeden z dygnitarzy rządowych serwuje nam z początkiem roku totalny chaos w służbie zdrowia, kolejny wyzywa rolników od frajerów, a jeszcze inny zamiast negocjacjami zażegnać protesty górników, ubliża związkowcom od pajaców, wszczynając karczemną awanturę. Widać więc jak na dłoni, że problemy społeczne i gospodarcze, których przyczyną jest najczęściej niekompetencja i złe zarządzanie, są przez obecne władze permanentnie bagatelizowane, a chamstwo i pogarda prezentowane przez prominentów z koalicji nie ułatwiają ich rozwiązywania. Dlatego nie dziwi mnie to, że „matka narodu” wyznacza coraz to nowych pełnomocników, którzy mają czuwać nad działalnością ministrów. Tego rodzaju decyzje są wyrazem zwątpienia premier Kopacz w kompetencje i skuteczność kierowania resortami przez ich konstytucyjnych kierowników, ale są też sprzeczne z zasadami dobrego zarządzania. Rozsądniejszym byłoby rozstanie się z najbardziej nieudolnymi ministrami, a nie wyznaczanie nad nimi komisarzy, którzy przeważnie rekrutują się spośród jej psiapsiółek. Na to jednak Ewa Kopacz ma za słabą pozycję, a w dodatku jej gabinet polityczny całkowicie się rozsypał, pomimo tego, że składał się z jej zaufanych ludzi. Wszystko to nie wróży nic dobrego obecnej ekipie rządowej, pomimo powrotu do gry Miśka Kamińskiego i wsparcia ze strony unijnej komisarz, Elżbiety Bieńkowskiej, która w wywiadzie dla „Vivy!” przyznała, że bardzo lubi wróżby i horoskopy, które stawia sobie w trudnych sytuacjach życiowych i zawodowych. Ogarnia mnie pusty śmiech, gdy słyszę ton triumfalizmu w wypowiedziach rządzących, bo nie dostrzegam u nich żadnego potencjału, który mógłby świadczyć o ich rzeczywistej sile i determinacji, ale mam również obawy o przyszłość Polski, ponieważ jej los spoczywa w rękach nadętych i zadufanych w sobie dyletantów, którym doradzają chiromanci i wróżbici.

Artykuł ukazał się w piśmie „Polski Szaniec” nr 1/2015, s. 2.

POZOSTAŁE POSTY

publicystyka

Upadek warchoła

Jesteśmy świadkami spektakularnego upadku Michała Kołodziejczaka, wiceministra rolnictwa i warchoła, który jeszcze do niedawna siał niemały zamęt na krajowej scenie politycznej. I trzeba przyznać,

Czytaj więcej »