W tym roku czerwiec był bardzo gorący, ale bynajmniej nie mam na myśli słonecznej pogody, która zachęcała do relaksu i odprężenia, lecz stan ostrego napięcia w stosunkach polsko-ukraińskich, który zmuszał do czujności i mobilizacji. Nie można było bowiem zignorować plugawego zachowania ukraińskich władz, wspieranych w Polsce przez chór bezkrytycznych piewców samostijnej Ukrainy, zagorzałych czcicieli banderyzmu i różnej maści użytecznych idiotów, którzy z powodów merkantylnych lub z nienawiści do Polaków stali się gorliwymi sługami Ukraińców. W momencie zaś ogłoszenia decyzji o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego dostali antypolskiej sraczki i z wielką zaciętością zaatakowali głowę naszego państwa oraz zdecydowaną większość Polaków, którzy w tej kwestii popierają prezydenta Nawrockiego. Dlatego muszę wyraźnie podkreślić, że to właśnie Zełenski sprokurował konflikt z Polską, bo wprowadził paskudne upiory banderyzmu na polityczne salony Ukrainy. Chcę też przedstawić nieco szersze tło wojny „orderowej” i argumenty, które mogą posłużyć do skuteczniejszego odpierania ataków antypolskiej watahy.
Śmierć frajerom
Dotychczasowa postawa decydentów i (nie)oświeconych elit państwa polskiego nacechowana była obrzydliwą spolegliwością wobec butnych i roszczeniowych Ukraińców, którzy przy pomocy wpływowego lobby ukraińskiego narzucili w polskiej debacie publicznej narrację, że „oni walczą za nas”. Wmówiono wielu Polakom, że bezwarunkowe wsparcie dla Ukrainy leży w żywotnym interesie Polski, bo bez dzielnych mołojców Zełenskiego sami się nie obronimy i trafimy w końcu do ruskiego mira, który przecież nie jest rajem na ziemi. Doszło nawet do tego, że kijowski satrapa zaproponował zamianę stacjonujących w Polsce wojsk amerykańskich na ukraińskie, a chcąc przypodobać się brukselskim biurokratom, stwierdził, że „ukraińska armia powinna stanowić trzon europejskich sił zbrojnych, o ile po stronie Europejczyków będzie chęć utworzenia takiej armii”. Tak nas skołowali bezalternatywną opowieścią o koniecznym „braterstwie” broni z Ukraińcami, że dawaliśmy im wsparcie w formie darmowych prezentów, podczas gdy inne państwa skrupulatnie zapisywały wszystko, co wysyłały nad Dniepr, słusznie oczekując stosownej rekompensaty. Polski rząd dawał im nawet więcej niż mógł, rozbrajając polską armię i drenując nasz budżet, a przy tym nie oczekując niczego w zamian. W ten sposób przyzwyczailiśmy Ukraińców do traktowania Polaków jak naiwnych frajerów, których bezkarnie można doić i wykorzystywać. Przecież to nikt inny, tylko rzecznik MSZ Łukasz Jasina, w imieniu rządu Morawieckiego, zadeklarował onegdaj, że są oni „sługami narodu ukraińskiego”. Biorąc zaś pod uwagę mentalność stepowych hajdamaków, ukształtowanych na banderowskiej ideologii i w sowieckiej szkole dyplomacji, to nie może dziwić, że traktują oni swoje „polskie sługi” z pogardą i brutalnością, do której pasuje używane tam kryminalne powiedzenie – kidać łocha, co oznacza oszukać frajera, czyli wykorzystać, okłamać i w końcu porzucić kogoś, gdy tylko przestanie być przydatny. Ukraińcy kierując się tymi wskazaniami wciąż nas obrażają na oczach całego świata, nie uwzględniając w żadnej kwestii polskiego stanowiska. Przykładem tego może być wystąpienie Zełenskiego na forum ONZ w 2023 roku, gdy domagając się zniesienia ograniczeń na eksport ukraińskiego zboża zarzucił krajom broniącym interesów swoich rolników (w tym Polsce), że „pomagają przygotować scenę dla aktora z Moskwy”. Prezydent Duda, który zapewne oddałby ostatnią koszulę swojemu „przyjacielowi” z Kijowa, poczuł się wtedy bardzo urażony, zwłaszcza, że Zełenski odwołał umówione z nim spotkanie w Nowym Jorku. A działo się to w apogeum polskiej pomocy dla Ukrainy i w kilka miesięcy po tym, jak Duda wręczył mu Order Orła Białego.
Przekroczony próg bólu
Jednak w maju 2026 roku Zełenski przekroczył wszelkie granice naszej wytrzymałości, gdy nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Zbrojnych Ukrainy imię „Bohaterów UPA”. W dodatku zaczął tworzyć w Kijowie panteon „wybitnych” Ukraińców, urządzając państwowy pochówek przywódcy OUN i hitlerowskiemu kolaborantowi Andrijowi Melnykowi. Zapowiedział również, że na Ukrainę zostaną sprowadzone truchła kolejnych szowinistów, w tym pierwszego szefa OUN Jewhena Konowalca i samego Stepana Bandery. Zełenski tym publicznym gloryfikowaniem zbrodniarzy z UPA napluł w twarz wszystkim Polakom, stając się w naszych oczach butnym żydobanderowcem. Polska opinia publiczna była zaszokowana jego postawą, a najgorliwszych miłośników ukraińskiego prezydenta aż zatkało z wrażenia. Dlatego wśród Polaków zapanowało powszechne oburzenie, a szeregi zatwardziałych ukrainofilów ogarnęła panika, bowiem niespodziewanie wyszło na jaw, że Polska ma poważny kłopot z Zełenskim, co wyraźnie opisał w swojej książce Zbigniew Parafianowicz.
W tych okolicznościach władze naszego kraju musiały jakoś zareagować, bo w grę wchodziła przecież prestiżowa katastrofa, ale na rząd wicekanclerza Tuska niestety nie można było liczyć. Dlatego inicjatywę przejął prezydent Nawrocki, który sięgnął po jedyny argument jaki miał w ręku, żeby bronić naszej godności narodowej. Podjął więc słuszną decyzję o pozbawieniu prezydenta Ukrainy honorowego wyróżnienia, na które jak widać nie zasłużył. Strącił w ten sposób Zełenskiego z piedestału symbolicznego pomnika, budowanego z wielką pieczołowitością przez liczne zastępy bezrefleksyjnych wielbicieli ukraińskiego barszczu i ruskich pierogów. Nasz prezydent uzasadniając swoją decyzję stwierdził: „Jesteśmy dumnym narodem polskim i mamy swój próg bólu w sprawach, które dotyczą nas i naszych sojuszników. Ten próg bólu został przekroczony, dlatego odebrałem prezydentowi Zełenskiemu Order Orła Białego”.
Człowiek niezorientowany w arkanach stosunków polsko-ukraińskich mógłby odnieść wrażenie, że decyzja prezydenta Nawrockiego stała się główną przyczyną eskalacji napięcia między naszymi państwami. Jednak byłby to błędny wniosek, bowiem w tej wojnie „orderowej” pierwszy strzał padł z ukraińskiej strony, a polska reakcja była tylko odpowiedzią na banderowską prowokację. Zełenski miał też podobno złamać „dżentelmeńską” umowę zawartą z prezydentem Dudą, że gloryfikowanie UPA na Ukrainie nie będzie odbywało się na państwowym szczeblu. Z polskiej perspektywy trzeba przyznać, że ta tajna zmowa była bezczelnym nadużyciem ze strony byłego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego, bo w istocie stanowiła kolejną odsłonę kapitulanckiej postawy wobec Kijowa. Świadectwem tego było ignorowanie banderyzmu szerzącego się na Ukrainie i usprawiedliwianie prowokacji dokonywanych w Polsce przez przedstawicieli ukraińskiej diaspory, co obłudnie tłumaczono wpływem moskiewskiej propagandy. Uczciwych Polaków, którzy zwracali na to uwagę, szykanowano i piętnowano mianem „ruskich onuc”. Jednocześnie tłumacząc, że nie można drażnić Ukraińców, bo oni toczą wojnę z imperialną Rosją, która nam również zagraża. Jednak wbrew intencjom brązowników, którzy z wielkim zapałem kreowali w Polsce nieskazitelny wizerunek Zełenskiego i „przyjaznej” nam Ukrainy, w końcu prawda wyszła na jaw i Polakom ukazał się prawdziwy obraz dzisiejszego Banderlandu. Z najgłębszych trzewi potomków rezunów i hajdamaków wydobył się bowiem tłumiony wcześniej silny resentyment antypolski, o czym się można łatwo przekonać czytając ich wpisy i komentarze w mediach społecznościowych. Ukraińcy byli oszczędni w słowach, gdy ich sezonowe państwo stało nad krawędzią przepaści, gdy potrzebowali schronienia dla milionów uchodźców i wsparcia dla swojej armii. Lecz jak tylko poczuli się trochę mocniejsi oraz skonsumowali lub rozkradli obwitą pomoc z Zachodu i uwierzyli w zapewnienia Zełenskiego, że Rosja jest już na kolanach i że mogą wygrać wojnę, to nagle zaczęli kąsać rękę, która ich hojnie wspierała. Durnowaci politykierzy znad Wisły, zamiast słów wdzięczności i szacunku, dostali po pysku od kijowskiego żydobanderowca. Nie pomogła im uniżona postawa wobec Ukraińców i gotowość do rezygnacji z polskich interesów narodowych na rzecz bezwarunkowego wsparcia dla państwa ukraińskiego, a także suflowanie Polakom banderowskiej wersji historii sączonej przez kijowską propagandę. Dlaczego? Na to akurat jest prosta odpowiedź, bo jeśli ktoś chce być szanowany przez innych ludzi, to najpierw musi szanować samego siebie i swoją przeszłość. Marszałek Piłsudski stwierdził kiedyś, że: „Naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”. Ta słuszna uwaga powinna być przestrogą dla ogółu Polaków, ale przede wszystkim dla naiwnej i sprzedajnej klasy politycznej, której przedstawiciele obwieszali się ukraińskimi flagami i jeździli tłumnie na kijowski Majdan lub do Werchownej Rady, gdzie z entuzjazmem godnym lepszej sprawy wykrzykiwali: Sława Ukrainie! Herojam sława!
Słuszna decyzja prezydenta
Prezydent Nawrocki nie podjął decyzji pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu, lecz zasięgnął opinii Kapituły Orderu Orła Białego oraz dał czas Zełenskiemu na opamiętanie się i cofnięcie nieakceptowalnych dla nas działań gloryfikujących morderców z UPA. Początkowo otoczenie ukraińskiego prezydenta wykonywało pewne ruchu, które mogły sugerować chęć porozumienia, ale jak się nieco później okazało była to tylko gra pozorów. Przyjechał nawet do Polski szef Biura Prezydenta Kyryło Budanow, który z naburmuszoną miną odwiedzał polskich polityków, próbując ich bezskutecznie przekonać do ukraińskiej wizji historii. Jednak w tym czasie trwała już w Kijowie gorączkowa robota nad przygotowaniem skoordynowanej akcji propagandowo-dyplomatycznej, połączonej z demonstracyjnym zwracaniem polskich odznaczeń przez ukraińskich prominentów. Z doniesień medialnych wiemy, że Biuro Prezydenta Ukrainy przekazało urzędnikom specjalne wytyczne, a były prezydent Poroszenko przyznał, że został skłoniony przez swoich kolegów po fachu do oddania polskiego odznaczenia. Zwroty orderów, twarda retoryka i mobilizacja ukraińskiej opinii publicznej, pokazują więc, że Kijów nie zamierzał pozostawić decyzji prezydenta Nawrockiego bez ostrej odpowiedzi. Zełenski nie miał też zamiaru zmienić decyzji o nazwaniu jednostki wojskowej imieniem „Bohaterów UPA”, która według pierwotnych zamysłów miała otrzymać patrona w postaci „Kłyma Sawura”, czyli Dmytro Klaczkiwskiego – zbrodniarza bezpośrednio odpowiedzialnego za ludobójstwo na Wołyniu. Kiedy zaś przychodzono do ukraińskiego prezydenta z ostrzeżeniami, że jego działania niepotrzebnie rozdrażnią Polaków, co ujawnił Ihor Mosijczuk, były deputowany do Werchownej Rady, to on w skandalicznych słowach miał odpowiedzieć: „Pierdolić Polskę i Polaków!”. Nie do utrzymania jest także teza o niewystarczającej wiedzy Zełenskiego na temat zbrodniczej przeszłości UPA, ponieważ żalił się w jednym z wystąpień, że podczas spotkania w Warszawie z prezydentem Nawrockim otrzymał od niego w prezencie pakiet książek o Rzezi Wołyńskiej, czym osobiście poczuł się urażony. Dlatego można stwierdzić, że aktualna odsłona konfliktu polsko-ukraińskiego została z premedytacją wywołana przez decydentów z Kijowa, którzy mieli absolutną świadomość tego, jaką reakcję ich banderowska prowokacja spowoduje w Polsce.
Ukraiński odwet
Ostatecznie, wobec braku dobrej woli z ukraińskiej strony, prezydent Nawrocki ogłosił 19 czerwca 2026 roku, że odbiera Zełenskiemu nasze najwyższe odznaczenie. W odpowiedzi kijowska administracja przypuściła zmasowany atak na naszego prezydenta. Zełenski zarzucił mu, że „prowadzi wewnętrzną walkę polityczną podsycając nastroje niechęci do Ukraińców” oraz zagroził, że: „Bez Ukrainy Polski nikt nie zdoła obronić. To po prostu niemożliwe. Jeśli Ukraina nie będzie obroniona, Polska też przestanie być”. Ambasador Bodnar, w znamy nam stylu, próbował emocjonalnego szantażu, stwierdzając, że „w warunkach wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie decyzja ta jest odbierana jako szczególnie bolesna i emocjonalna, jako gest wymierzony w cały naród ukraiński”. Budanow ocenił zaś, że „bez wątpienia jest to prezent dla moskiewskiego agresora, który ten bezwzględnie wykorzysta przeciwko obu naszym krajom”. Natomiast szef MSZ Andrij Sybiha nazwał prezydenta Nawrockiego burzycielem „dobrych” relacji polsko-ukraińskich, któremu przyklaskuje Moskwa. Stwierdził również, że: „Zniewaga wobec prezydenta Ukrainy dotyczy nie tylko orderów. Chodzi o zniewagę ukraińskiego żołnierza, ukraińskiego narodu i naszego prawa do posiadania własnej historii. Nie będziemy tego tolerowali”. Dmytro Kułeba, były minister spraw zagranicznych, powiedział nawet, że: „Nawrocki nienawidzi Ukraińców jako zjawiska. Należy on do tej grupy polskich polityków, dla których idealny Ukrainiec to postać stojąca w przedpokoju, która ciągle przeprasza i dziękuje. W Polsce takich polityków jest wielu, a na ich czele stoi prezydent, który powstrzymuje się od jawnych haseł antyukraińskich. Ale swoimi działaniami robi wszystko, aby Ukraińcom nie było dobrze ani w Polsce, ani w Ukrainie”. Z tego krótkiego przeglądu wypowiedzi ukraińskich polityków, które padły tuż po odebraniu orderu Zełenskiemu, można wywnioskować, że Kijów sięgnął po wypróbowany repertuar tandetnych sztuczek, którymi od lat posługuje się w relacjach ze światem polityki szeroko pojętego Zachodu. Zaliczają się do nich: moralny szantaż, groźby i zniewagi oraz rozpowszechniana wizja armagedonu, który miałby nastąpić, gdyby ukraińska armia przestała powstrzymywać rosyjskich barbarzyńców. W naszym przypadku dochodzi jeszcze uporczywe trzymanie się przez Ukraińców fałszywej narracji historycznej i okazywanie nam niczym nie uzasadnionego poczucia wyższości oraz posługiwanie się archaicznymi stereotypami w stylu: polskiego pana, który uciska i poniża ukraińskiego chama. Jednak, gdy się obserwuje postawę wielu „polskich” polityków, to trudno doszukiwać się u nich sadystycznych skłonności względem Ukraińców, a wprost przeciwnie, byli i nadal są tak uwrażliwieni na ich punkcie, że za wszelką cenę starają się im oszczędzić jakichkolwiek przykrości, nawet wtedy, gdy powiedzenie im prawdy w oczy byłoby wskazane. To jest już swoisty masochizm emocjonalny, który może się w końcu przerodzić w niebezpieczny dla naszego kraju syndrom sztokholmski, bo uczyniłby z warszawskich polityków całkowicie bezwolne marionetki w rękach kijowskiego kuglarza. Przykładem takiego zachowania był brak adekwatnej reakcji i wyciągnięcia stosownych konsekwencji wobec Ukrainy za tragedię w Przewodowie. W listopadzie 2022 roku spadła tam bowiem ukraińska rakieta, która zabiła dwóch naszych rodaków, a Kijów zamiast przeprosić i wypłacić rodzinom ofiar stosowne odszkodowanie, to najpierw próbował zrzucić winę na Rosjan, a potem w ogóle się odciął od tego drażliwego problemu.
Order odesłany kurierem
Zełenski postanowił odegrać się na prezydencie Nawrockim i dodatkowo upokorzyć Polaków. Dlatego odesłał Order Orła Białego za pośrednictwem firmy kurierskiej, której przy okazji zrobił reklamę. W akcie solidarności z Zełenskim zrzekli się polskich orderów także byli prezydenci Ukrainy: Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. Ostatni dwaj mają spore „zasługi” w dziedzinie promowania i gloryfikacji OUN-UPA. W 2004 roku kierowany przez Juszczenkę Blok Nasza Ukraina był organizatorem akcji pod hasłem: „Wołyń – ukraińska ziemia. OUN i UPA – nasi bohaterowie”. Pikietowano wtedy przed polską ambasadą domagając się, aby prezydent Kuczma nie przepraszał Polaków za Rzeź Wołyńską. Juszczenko udekorował tytułem „Bohatera Ukrainy” Jurija Szuchewycza (syna dowódcy UPA), pomimo tego, że ukraiński parlament nie uchwalił ustawy o nadaniu kombatanckich praw siepaczom z OUN i UPA. W styczniu 2010 roku nadał również ten sam tytuł Stepanowi Banderze, a następnie wydał dekret o uznaniu OUN i UPA za uczestników walk o niepodległość. Poroszenko w 2014 roku ustanowił Dzień Obrony Ukrainy w rocznicę utworzenia UPA, a 9 kwietnia 2015 roku z jego inicjatywy ukraiński parlament przyjął ustawę, w której uznał członków tej zbrodniczej formacji za kombatantów. Ustawa ta wprowadziła sankcje karne dla osób, które negowałyby udział OUN i UPA w walce o niepodległość i krytycznie odnosiłyby się do ich działalności. Jej autorem był premier Arsenij Jaceniuk, który oświadczył, że solidaryzuje się z postawą swoich kolegów, ale polskiego medalu na razie nie zamierza oddać. Polskie odznaczenia zwrócili za to inni przedstawiciele ukraińskiej administracji: Andrij Sybiha, Kyryło Budanow i jego zastępca Ihor Żowkwa, Wasyl Bodnar oraz były premier Wołodymyr Hrojsman. Zorganizowana akcja ukraińskiego establishmentu wprawiła w stan konsternacji część „polskiego” komentariatu, ale z mojego punktu widzenia oddanie orderów przez osobników niegodnych ich posiadania jest akurat korzystną okolicznością, bo nie trzeba będzie im ich odbierać, na co sobie zapracowali gorliwą promocją banderyzmu.
Tchórzliwa reakcja polskojęzycznej sitwy
W Polsce niestety nie doczekaliśmy się solidarnego wystąpienia przeciwko ukraińskim prowokacjom, a różnice zdań w tej sprawie zarysowały się po liniach politycznych podziałów. Początkowo wydawało się nawet, że prezydent Nawrocki i zdecydowana większość Polaków będą osamotnieni w walce o prawdę historyczną i pamięć o ofiarach ukraińskiego ludobójstwa. Rząd centrolewu przeszedł bowiem do całkowitej defensywy, a wicekanclerz Tusk umył ręce i ograniczył się do wygłaszania dziwacznych komunałów o tym, że „współpraca leży w interesie obu naszych państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy”. Przyznał też, że dyplomacja, za którą on odpowiada, całkowicie zawiodła oraz zaproponował, żeby prezydenci Polski i Ukrainy odbyli ze sobą „bezpośrednią i szczerą rozmowę”. Tusk obsadził się w ten sposób w roli „niezależnego” arbitra, który stojąc z boku przygląda się działaniom obu stron konfliktu, a przy tym udaje, że ta sprawa w ogóle go nie dotyczy. W przeciwieństwie do ukraińskich polityków, którzy pomimo dzielących ich różnic stanęli za swoim prezydentem, rząd centrolewu zachował się haniebnie. Nie tylko bowiem odmówił wsparcia prezydentowi Nawrockiemu, ale nawet stworzył pozory jakiejś symetrii win, jakby to nie Zełenski ponosił całkowitą odpowiedzialności za rozpętanie konfliktu z Polską. Jeszcze gorzej wypadł w tej kwestii minister Radosław Sikorski, zwany też „panem na Chobielinie”, który zamiast wypełniać swoje obowiązki, to schował się i udawał, że w zasadzie nic ważnego się nie dzieje. Dopiero gdy Tusk oprzytomniał i wydał dyrektywy swoim rządowym lokajom, to wtedy książę-małżonek raczył wyrazić rozczarowanie postawą Zełenskiego, ponieważ spodziewał się, że „ukraińska strona weźmie pod uwagę naszą wrażliwość” i stwierdził, że w jego ocenie prezydent Ukrainy „popełnił błąd”. Oznajmił też, że prowadzone są zakulisowe rozmowy, które być może doprowadzą do tego, że ukraińska strona znajdzie „jakiś sposób na skorygowanie tego błędu”. Podobno w ten niejawny „dialog deeskalacyjny” zaangażował się także Aleksander Kwaśniewski, dawniejszy utrzymanek ukraińskiego oligarchy Wiktora Pinczuka (zięcia Leonida Kuczmy), który miał wykorzystać swoje osobiste kontakty do załagodzenia sporu, ale jak widać nic nie wskórał w tej materii. Przyczyną jego nieskuteczności może być to, że na międzynarodowej arenie jest już tylko cienkim Bolkiem, a poza tym od początku prezentuje proukraińskie stanowisko. Stwierdził, co prawda, że „Zełenski podjął niemądrą i złą decyzję”, która była „grubym błędem”, ale jednocześnie skrytykował „pochopną” odpowiedź Nawrockiego i nawoływał do tego, żeby „ostrożnie wyrażać nasze niezadowolenie”. Kwaśniewski ocenił też, że odebranie orderu Zełenskiemu było „gestem niepotrzebnym i niesłusznym”, bo było upokarzające dla ukraińskiego prezydenta.
Polska odpowiedź na ukraińskie prowokacje mogła być bardziej stanowcza, ale osłabił ją sabotaż ze strony obozu rządowego. Jak bowiem inaczej nazwać bierną postawę Tuska i jego symetrystyczne, a zarazem banalne wypowiedzi, w których głosił, że: „Brnięcie w konflikt polityków w Polsce i w Ukrainie to strategiczny błąd, na którym stracą obie strony: biznesowo, geopolitycznie i reputacyjnie. A w polityce, jak wiadomo, błąd jest gorszy od zbrodni. W rozmowach z moimi europejskimi partnerami staram się minimalizować straty i obniżać napięcie”. Nie pomagały też infantylne pomysły ministra Sikorskiego, który ocenił, że: „Lepszym rozwiązaniem niż odebranie Orderu Orła Białego Zełenskiemu byłoby nazwanie lotniska w Jasionce imieniem Ofiar UPA. Wtedy byłoby kwita”. Nie będę przywoływał wypocin pomniejszych błaznów koalicyjnych, bo te zacytowane wystarczą, żeby dostrzec w całej pełni żenujący obraz polityki uprawianej przez ekipę Tuska, który mentalnie czuje się bardziej emerytowanym „królem Europy” niż szefem polskiego rządu. Dopiero wyniki sondażowe, które wskazywały, że ogromna większość Polaków popiera decyzję Nawrockiego, otrzeźwiły niektórych politykierów z centrolewu, czego przykładem są prominenci z PSL-u, którzy zaczęli nieśmiało obszczekiwać banderowski korowód Zełenskiego.
Szkodliwy podział na polskiej scenie politycznej wykorzystali z całą bezwzględnością Ukraińcy, którzy, jednocześnie z totalną krytyką prezydenta Nawrockiego, robili ukłony w stronę obozu rządowego i dziękowali jego politykom za okazane zrozumienie dla ukraińskich postulatów. Tuskowi bowiem bardzo zależało na sfinalizowaniu konferencji na rzecz odbudowy Ukrainy, która odbyła się pod koniec czerwca w Gdańsku i miała podreperować jego słabnącą pozycję. Dlatego podlizywał się Zełenskiemu i czynił wszystko, co w jego mocy, aby osłabić presję wywieraną na ukraińskiego prezydenta ze strony jego polskich oponentów. Jednak przecenił siłę oddziaływania swojego „uroku” osobistego i doznał zawodu, gdyż Zełenski strzelił focha i zrezygnował z uczestnictwa w tej szemranej imprezie. To było symboliczne spoliczkowanie Tuska i wskazanie mu miejsca w tylnym szeregu unijnych liderów, z którymi kijowski satrapa raczy robić koszerne interesy. Na pocieszenie protektorka Ursula von der Leyen poklepała go po plecach i wyraziła zadowolenie z powodu udanej kwesty na rzecz Ukrainy, która przyniosła około 10 mld euro w podpisanych kontraktach. A jak na tym wyszedł polski biznes? No cóż, w zasadzie, to „jak Zabłocki na mydle”, bo pomimo szumnych obietnic rządu, jedynie kilka polskich firm podpisało jakieś niezobowiązujące listy intencyjne. A tak w ogóle, to polscy przedsiębiorcy zarobią cokolwiek na odbudowie Ukrainy, jeśli za ich usługi zapłaci polski podatnik. Skandalem natomiast było to, że Andrij Sadowy, mer Lwowa i zdeklarowany banderowiec, którego nie zaproszono na oficjalne obrady, zorganizował na marginesie tej konferencji swój prywatny event. Zawarł tam kilka umów z zagranicznymi partnerami na kwotę 2,5 mln euro i zadowolony udał się w dalszą podróż do Niemiec. Wzburzyło to naszą opinię publiczną, ponieważ Sadowy, posługując się gangsterskimi metodami, okradł polską firmę, która zrealizowała finansowaną z unijnych środków inwestycję we Lwowie na około 40 mln euro. Pomimo tego, że wykonała swoje zdanie zgodnie z umową i otrzymała korzystne dla niej orzeczenia sądów arbitrażowych, to ten łajdak nie wypłacił należnych jej 10 mln euro, zablokował też dostęp do obiektu i zarekwirował sprzęt budowlany. W tym kontekście należałoby raczej przestrzegać polskich przedsiębiorców przed angażowaniem się w mityczną „odbudowę” skorumpowanego Banderlandu. No chyba, że tuskowym naganiaczom chodzi o delegowanie „wybitnych” asów biznesu, takich jak były minister Sławomir Nowak, który jeszcze niedawno przecierał szlaki na Dzikich Polach…
Można więc powiedzieć, że ekipa Tuska gorliwie pracuje nad tym, żeby zaciemnić prawdziwy obraz konfliktu polsko-ukraińskiego i rozmiękczyć stanowisko naszego państwa wobec Ukrainy. W tej brudnej grze otrzymuje pomoc od licznej rzeszy użytecznych idiotów i zawodowych nienawistników, których do wściekłych ataków na patriotów szczuje czarna sotnia z Czerskiej. „Gazeta Wybiórcza” od kilku dekad znajduje się w awangardzie antypolskiej nagonki, a Michnik stał się dla wielu pseudoautorytetów wyrocznią i kreatorem ich zachowania w przestrzeni publicznej. Ten naczelny manipulator większość swojego życia poświęcił na walkę z urojonymi demonami polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu. Wywodząc się zaś z szeregów żydokomuny, zniewalającej Polskę przy wsparciu sowieckich bagnetów, dyszy żądzą zemsty na Żołnierzach Wyklętych, którzy stali na drodze do sowietyzacji naszego kraju. Pluje na nich jadem nienawiści, ale jednocześnie chwali „herojów” z UPA, chociaż ci wykazywali poglądy przeciwstawne do prezentowanych przez jego czerwonych rodziców. Banderowcy pławili się we krwi niewinnych cywilów, przeważnie polskich kobiet, dzieci i starców. Byli też gorliwymi pomocnikami Niemców w dziele wyniszczenia żydowskiej ludności na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, ale Michnikowi to nie przeszkadza, bo jego hipokryzja nie zna granic, wtedy szczególnie, gdy można zaszkodzić Polakom. Adam Wertyński już w 1992 roku pisał o nim, że „we wszystkich spornych kwestiach polsko-obcych Adam Michnik sumituje się za Polaków, bierze stronę obcych, nie waży spraw obiektywnie, polskie dobro jest [dla niego] zawsze czemuś podporządkowane”. Dlatego właśnie od wielu lat stara się zrównywać upowców z partyzantami Armii Krajowej, a ostatnio podle skrytykował postulaty w sprawie ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej. Wyjąkał bowiem, że: „Rozpętywanie awantury wokół Wołynia. Nagle domaganie się, brutalne, rozkopywania tych grobów sprzed kilkudziesięciu lat, mnie się to wydaje absurdalne i niebezpieczne”. Przekonywał też, że „opinia demokratyczna” zgodnie wspiera Ukrainę w walce z Rosją, natomiast upominanie się o historyczną prawdę w kwestii ukraińskiego ludobójstwa nazwał przejawem reakcji sił „antydemokratycznych”, które podważają sens pomocy Kijowowi. Chorego z nienawiści pryncypała wspiera Jarosław Kurski, który próbuje podważyć nasze moralne prawo do rozliczenia zbrodniarzy z UPA, mówiąc, że: „Jak nas mordują, to są rzezie, nabijanie na widły. W drugą stronę to wyglądało dokładnie tak samo”. Przykładem zaś totalnego oczadzenia michnikowską propagandą jest wypowiedź Magdaleny Środy, która bez wahania poparła swojego mentora, pisząc na FB: „Pełna zgoda z Michnikiem w sprawie Wołynia. Pomysł rozgrzebywania historii a przede wszystkim – ekshumacji ofiar, absurdalny i niebezpieczny. Ukraińcy walczą za nas i o nas, to nie czas na wytykanie im historycznych zbrodni, zwłaszcza, że i my niewinni nie jesteśmy choć wybielamy się jak możemy i to w sprawach Ukraińców jak i Żydów. Poza tym – skąd u nas ta nekrofilna potrzeba? Dziwne jest to zwłaszcza w kraju tak katolickim, […] by nie myśleć o duszy lecz o ciele i nie działać z poczucia miłości bliźniego lecz zemsty, nienawiści i … kompleksów lub nudy”. Trzeba przyznać, że zdumiewający jest ten bełkot „profesorki”, która podobno specjalizuje się w badaniach nad etyką, bo wśród cywilizowanych narodów trudno spotkać przykład tak niemoralnego i obrzydliwego zachowania, jakiego dopuszczają się Ukraińcy, odmawiający godnego pochówku ofiarom UPA. Poza tym jestem ciekaw, czy Środa w podobny sposób skwitowałaby „nekrofilne potrzeby” rabina Schudricha, który od wielu lat uprawia rytualny taniec wokół spalonej stodoły w Jedwabnem?
Sakralizacja banderyzmu
Jak można się było spodziewać, to od skomentowania omawianej kwestii nie mógł się powstrzymać kardynał Grzegorz Ryś, który dobrał sobie do tego dzieła jeszcze dwóch innych hierarchów katolickich: Konrada Krajewskiego i Kazimierza Nycza oraz zwierzchnika Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego abp Światosława Szewczuka i kardynała Mykołę Byczoka. Wydali oni 29 czerwca 2026 roku oświadczenie zatytułowane – „Wspólny głos w sprawie relacji polsko-ukraińskich”, w którym, powołując się na autorytet papieży Jana Pawła II i Leona XIV, wezwali do wzajemnego przebaczenia doznanych krzywd oraz przeciwstawienia się narastającej wrogości między Polakami a Ukraińcami. Apelowali również o „rozbrojenie języka po obu stronach”, które ich zdaniem „dotyczy nie tylko słów, ale również gestów, znaków i symboli”, bo „one również mogą ranić, zamykać drogę do spotkania i budzić lęk”. Hierarchowie uznali, że „narzucając innym partykularną wizję przeszłości i przyszłości, poddajemy się dominującej dziś kulturze przemocy i siły”. Czytając ten apel nie można się oprzeć wrażeniu, że jest on kolejnym przykładem „kiczu pojednania”, który sprowadza się w istocie do pozorowania dialogu i wyciszania konfliktu polsko-ukraińskiego. Sygnatariusze tego apelu zamiast potępić banderyzm, to wzywają do „rozbrojenia języka” i wpisują się w modny trend polegający na poszukiwaniu we wzajemnych relacjach tzw. symetrii win, co wobec niepodważalnych faktów historycznych jest szkodliwym fałszowaniem rzeczywistości. Suflowane nam w ten sposób porozumienie jest oczywistą fikcją, bo z jednej strony ma Polaków moralnie rozbroić i zmusić do milczenia, a z drugiej jest rozgrzeszeniem tych Ukraińców, którzy stawiają pomniki Banderze i jego siepaczom. Nie może być zresztą inaczej, skoro jednym z sygnatariuszy jest abp Szewczuk, który od dawna relatywizuje banderyzm i nie zdobył się na jednoznaczne potępienie zbrodniczej ideologii OUN-UPA. Przykładem tego jest jego niedawna wypowiedź, w której stwierdził, że: „Dzisiaj, jeśli chodzi o Ukrainę, która jest w stanie wojny, historyczna pamięć o stosunkach ukraińsko-polskich, samo wspomnienie wydarzeń z udziałem UPA, nie ma w żadnym wypadku antypolskiego charakteru. Odwołanie się do bohaterskiej historii ukraińskiej walki narodowowyzwoleńczej przeciwko sowieckiej dominacji nie ma absolutnie żadnego antypolskiego wydźwięku, ponieważ dzisiaj Ukraina jest w stanie wojny o niepodległość z Rosją”. Znaczenie tych słów jest oczywiste, bo sprawcy ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej są dla Szewczuka niekwestionowanymi bohaterami, a problemem dla ukraińskiego hierarchy nie jest ich gloryfikacja, lecz… polski egoizm. Stwierdził bowiem: „Widzimy, że w Europie, nawet w Polsce, pojawiają się problemy z odradzaniem się egoizmów narodowych. Bardzo często nasi sąsiedzi reagują na pewne wydarzenia na Ukrainie przez pryzmat egoizmów narodowych i to bardzo utrudnia wzajemne wysłuchanie i zrozumienie. Tego typu nieporozumienia, jak z nadaniem nazwy, mają miejsce przede wszystkim na poziomie politycznym”. Nic dodać, nic ująć, kiedyś kapłani greckokatoliccy święcili narzędzia zbrodni: siekiery, noże i widły, a dzisiaj celebrują rocznice związane z UPA i SS „Galizien” oraz święcą pomniki morderców.
Co na to polski episkopat? Niestety milczy i oddaje głos kardynałowi Rysiowi, co może być brzemienne w skutki, bo dał się on już wcześniej poznać ze swojej szkodliwej postawy, gdy opublikował oburzający list w sprawie „dialogu” z judaizmem. Niezadowolenie z powodu bierności Kościoła wyraził ks. prof. Andrzej Kobyliński, filozof i kierownik Katedry Etyki UKSW, który stwierdził: „Moje największe zdumienie budzi przemilczenie przez biskupów podczas zebrania plenarnego w Łomży [8-10 czerwca 2026] bardzo napiętych relacji między Polską i Ukrainą, które pogarszają się z tygodnia na tydzień. Pokazuje to, że liderzy Kościoła katolickiego w naszym kraju nie mają odwagi zmierzyć się z wielkimi wyzwaniami, które mają fundamentalne znaczenie dla państwa i narodu”. Duchowny przypomniał, że 11 lipca 2023 roku w 80. rocznicę Rzezi Wołyńskiej zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego abp Światosław Szewczuk i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki podpisali wspólną deklarację o przebaczeniu i pojednaniu. Ale zwrócił też uwagę na to, że: „Nikt nie chciał wówczas słuchać ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który protestował w Domu Arcybiskupów Warszawskich przeciw tej inicjatywie. Ostrzegał, że nie można budować przebaczenia i pojednania na kłamstwie, że najpierw trzeba wydobyć z dołów śmierci i godnie pochować ponad 100 tys. bestialsko zamordowanych obywateli II Rzeczypospolitej”. Ksiądz Kobyliński zadał też fundamentalne pytania: „Czy polscy biskupi rzymskokatoliccy rozmawiają z biskupami greckokatolickimi o ideologii banderowskiej? Czy interesuje ich, jakiej historii uczą się w seminariach greckokatolickich przyszli księża? Niestety, przecież powszechnie wiadomo, że duchowni tego Kościoła uczestniczą w różnego rodzaju uroczystościach na cześć »bohaterów « UPA. Co sądzą biskupi greckokatoliccy na temat ideologii banderyzmu i w jaki sposób oceniają ludobójstwo na Wołyniu? Polscy biskupi nie mogą nie stawiać takich pytań swoim ukraińskim kolegom”. Niestety, ten ważny głos katolickiego duchownego przebrzmiał bez większego echa i jak widać episkopat nadal milczy, a jedynym głosem polskiego Kościoła jest obłudny apel kardynała Rysia. Doczekaliśmy więc czasów, gdy polscy biskupi boją się otwarcie potępić zbrodnie UPA i zażądać godnego pochówku naszych pomordowanych rodaków, co jest przecież ich chrześcijańską powinnością. Pasterze porzucili swoją owczarnię i wystawili ją na ataki nienawistnej szczujni, co w konsekwencji rozbroiło moralnie wielu Polaków i wprowadziło stan dezorientacji oraz ośmieliło środowiska probanderowskie do eskalacji napięcia z Polską.
Politycy oddają ukraińskie ordery
Skandaliczne zachowanie Zełenskiego spotkało się z protestem części warszawskich polityków, którzy potępili jego działania gloryfikujące bandytów z UPA. Dlatego zaczęli zwracać wyróżnienia nadane im przez władze Ukrainy. Jako pierwszy oddał ukraińskie odznaczenie były ambasador w Kijowie – Bartosz Cichocki, a następny był wicemarszałek Senatu Michał Kamiński, związany z PSL-em, który zwrócił dwa swoje ordery. Gest Miśka Kamińskiego najwidoczniej zawstydził polityków z PiS-u, znanych dotychczas z bezkrytycznej postawy wobec Ukraińców, bo prezes Kaczyński ogłosił, po dłuższej chwili namysłu, że oddaje posiadany Order Jarosława Mądrego, co miało być wyrazem jego stosunku do ukraińskich elit i aktem lojalności wobec prezydenta Nawrockiego. W jego ślady poszli też inni prominenci z PiS-u, którzy także oddali ukraińskie odznaczenia: Mariusz Błaszczak, Marek Kuchciński, Jacek Saryusz-Wolski, Adam Bielan i Zbigniew Rau. Przy okazji okazało się, że w kwestii zwrotu kijowskich błyskotek istnieje w tej partii pewna kontrowersja, ponieważ Mateusz Morawiecki zapowiedział w Kanale Zero, że nie zamierza zwracać swojego orderu. Podobne stanowisko zajął jego zausznik, Michał Dworczyk, który stwierdził: „Zostałem odznaczony przez prezydenta i szefa MON Ukrainy. Nie zwrócę tych odznaczeń”. Świadczyć to może o tym, że obaj bardziej cenili sobie ukraińskie wyrazy „wdzięczności”, niż potrzebę solidarnego odparcia banderowskiej prowokacji. Jednak, gdy „złotousty” Mateusz zorientował się w skali antyukraińskich nastrojów, to nagle zmienił zdanie i oświadczył: „Oddaję medal, który został mi przyznany za pierwszą fazę wojny […] do Muzeum Rzezi Wołyńskiej. Po to, żeby każdy, kto będzie odwiedzał to muzeum z polskich i zagranicznych gości dodatkowo miał jeszcze ten element […] do zastanowienia się, czym była ta przeokrutna, makabryczna zbrodnia wołyńska”. Nie trudno się też domyśleć, że Dworczyk poszedł w ślady swojego pryncypała, co zresztą ogłoszono na wspólnej konferencji prasowej. Niestety, nie doczekaliśmy się podobnego gestu ze strony byłego prezydenta Dudy, który jest posiadaczem dwóch ukraińskich odznaczeń. Ograniczył się on jedynie do udzielenia zdawkowego komentarza, w którym stwierdził, że: „Wołodymyr Zełenski otrzymał Order Orła Białego w innym czasie i gdy warunki były inne. Teraz one się zmieniły i zachowanie Wołodymyra Zełenskiego także. I to wyraźnie”. Sorry, taki był wtedy polityczny klimat i tyle w temacie… To niezwykle żenująca reakcja, zwłaszcza, że to właśnie Andrzej Duda lekką ręką rozdawał najwyższe polskie odznaczenia, a teraz udaje głupiego. Ale za to kupił sobie używane Porsche i cieszy się życiem, dorabiając jako lobbysta w firmie oferującej na sprzedaż ukraińskie drony. W PiS-ie jest zresztą więcej osób udekorowanych ukraińskimi odznaczeniami, a jeden ze „szczęśliwców” dostał nawet medal od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, lecz niestety nie zwrócił go ambasadorowi Bodnarowi.
Wydźwięk tej akcji, wymuszonej presją patriotycznych środowisk, osłabiają skandaliczne wypowiedzi Jacka Czaputowicza, byłego ministra spraw zagranicznych w rządzie Morawieckiego. Ten nieudany „eksperyment” Kaczyńskiego szlaja się bowiem po lewackich mediach i bredzi od rzeczy, że polski prezydent skompromitował się, bo wcale nie odebrał orderu Zełenskiemu, gdyż nie miał na to kontrasygnaty Tuska, a prezydent Ukrainy sam odesłał odznaczenie. Miał też czelność stwierdzić, że „tragicznie, czy też bardzo źle skończyła się szarża dyplomatyczna prezydenta Karola Nawrockiego z tym odebraniem orderu”, ponieważ jego zdaniem była „bardzo nieskuteczna, bo ta nazwa jednostki nie została zmieniona” oraz przyczyniła się do „utraty pozycji międzynarodowej Polski, szans rozwoju i współpracy z Ukrainą”. Czaputowicz ocenił, że z tego starcia „prezydent Karol Nawrocki wychodzi z podkulonym ogonem”, bo nie powinien „szantażować w ten sposób Ukrainy”. No cóż, gdy się słucha takich dyrdymałów, to nieodparcie nasuwa się myśl o tym, że ten zdeklasowany dygnitarz bezpowrotnie stracił okazję, by siedzieć cicho… Na zakończenie tego wątku nie mogę pominąć kuriozalnego wybryku byłego posła Platformy (anty)Obywatelskiej, Piotra Foglera, który zwrócił prezydentowi Nawrockiemu Złoty Krzyż Zasługi, co ponoć uczynił „w geście protestu wobec głupiej decyzji o odebraniu orderu prezydentowi Ukrainy”. Fogler, czynem tym dobitnie zaświadczył o niskim poziomie moralnym i intelektualnym cechującym zasoby kadrowe centrolewu, zwłaszcza, że wzgardzonym przez niego odznaczeniem został udekorowany przez Aleksandra Kwaśniewskiego…
W kontrze do decyzji prezydenta Nawrockiego pojawił się żenujący pomysł nadania Zełenskiemu tzw. Obywatelskiego Orderu Przyszłości, który miałby stanowić dla niego rekompensatę za rzekome upokorzenie. Michnik zebrał w tym celu „wyborową” grupę inicjatywną, w której znaleźli się: Anne Applebaum, Bogdan Borusewicz, Bogdan Lis, Seweryn Blumsztajn, Agnieszka Holland, Jarosław Kurski, Wojciech Czuchnowski, Róża Thun, Marta Lempart, Tomasz Lis, Janina Ochojska, Eugeniusz Smolar oraz Natalia Panczenko i Bartosz Kramek. Spoglądając na listę tych „wybitnych” tuzów można bez trudu zauważyć, że w przeważającej większości wywodzą się oni z pseudointelektualnego getta, gdzie za nieboszczki komuny doświadczyli „ukąszenia heglowskiego”. Dlatego od tamtej pory uważają się za „inżynierów dusz”, którzy z poczuciem nieustającej wyższości pouczają „głupich Polaczków” jak mają żyć i co myśleć. Tym razem wzięli się za kształtowanie naszej opinii o Ukraińcach, a szczególnie o ich „dzielnym” przywódcy, któremu okazują wielką atencję, bo podobnie do nich wywodzi się on spośród narodu wybranego lub mówiąc wprost ze środowiska sowieckich Żydów. W apelu o poparcie dla ich groteskowej inicjatywy, stwierdzili, że: „Decyzja głowy polskiego państwa pokazuje, jak działa rosyjska pułapka. Polska prawica rozpoczęła kampanię przed wyborami parlamentarnymi i bezwzględnie wykorzystuje tragedię wołyńską w celach politycznych. […] Polski prezydent i jego ekipa dostarczają paliwa rosyjskiej propagandzie. Dla partyjnych zysków kłócą się o umarłych, ignorując realia wojny, hybrydowe zagrożenie i rosyjski sabotaż na terytorium Polski”. Oświadczyli także: „Mamy osobne narodowe panteony. To nie Ukraińcy zdefiniują naszą pamięć historyczną, a my nie zdefiniujemy ich pamięci”. Z przytoczonych wypowiedzi wynika, że czarna sotnia Michnika stanęła już zupełnie otwarcie po stronie Kijowa i o ile nie ma zamiaru „definiować pamięci” swoich ukraińskich braci, to z całą pewnością chce zukrainizować polską narrację historyczną. W dodatku dopuścili się profanacji naszych symboli narodowych, bowiem projekt odznaczenia dla Zełenskiego przedstawia polskiego orła w żółtym kolorze na niebieskiej tarczy herbowej, zawieszonego na biało-czerwonej wstążce. Ten skandaliczny wybryk sitwy lewicowo-liberalnej powinien być surowo ukarany, ponieważ w ewidentny sposób narusza polskie przepisy dotyczące ochrony symboli narodowych i nade wszystko szarga godność Polaków.
Kontrowersyjny panteon
Sprawa nazwania jednostki wojskowej imieniem „Bohaterów UPA” nie była jedyną przyczyną eskalacji konfliktu polsko-ukraińskiego. Ważniejszym powodem ostrego sporu historycznego jest budowa w Kijowie panteonu „wybitnych” Ukraińców, w którym już pochowano Melnyka i Konowalca, a w planach jest sprowadzenie tam truchła Stepana Bandery i uczczenie najkrwawszych siepaczy z UPA. 1 lipca 2026 roku ukraiński parlament w ekspresowym tempie przyjął ustawę o utworzeniu Panteonu Narodowego, co wyraźnie wskazuje na uparte dążenie ukraińskich władz do realizacji tego projektu, bez oglądania się na protesty Polaków. Przewodniczący Werchownej Rady, Rusłan Stefanczuk, otwierając głosowanie w tej sprawie, stwierdził: „Podejmiemy historyczną decyzję, ustanawiając podstawy prawne dla wyjątkowego miejsca ukraińskiej państwowości, powiedziałbym nawet, że pępka ukraińskiej państwowości, miejsca, w którym swój ostatni spoczynek, schronienie i należną cześć znajdą najlepsi synowie i córki naszego państwa i naszego narodu”. Prezydent Ukrainy, informując o tej inicjatywie podczas obchodów Dnia Konstytucji, buńczucznie stwierdził: „Nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować”. Budanow oświadczył zaś, w swoim naburmuszonym stylu: „Nikt i nigdy więcej nie będzie dyktował Ukraińcom, których bohaterów czcić, które święta obchodzić czy jaką historię studiować. O to prawo wolności własnego wyboru i narodowej niezależności nasi przodkowie walczyli przez setki lat i właśnie o to dziś przelewają krew nasi wojownicy. Pamięć o nich musi żyć wiecznie. My, nasze dzieci i wszystkie przyszłe pokolenia musimy jasno znać i czcić tych, którzy poświęcili swoje życie walce o Ukrainę. To szczególnie ważne dziś, gdy prowadzimy wojnę o wolność Ukrainy. Prezydent Wołodymyr Zełenski wniósł do Rady Najwyższej projekt ustawy »O Ukraińskim Narodowym Panteonie«. To zdecydowany i bardzo potrzebny krok w kierunku przywrócenia historycznej sprawiedliwości, konsolidacji naszego społeczeństwa oraz stworzenia fundamentu pamięci dla następnych pokoleń. Ten dokument jest świadectwem naszej państwowej dojrzałości”. No cóż, można, a nawet trzeba podać w wątpliwość deklarowaną przez kijowskich polityków „dojrzałość” ich państwowości, gdyż dla przypodobania się pogrobowcom UPA zrażają do siebie najważniejszego sąsiada, przez którego terytorium wiedzie ukraińska „droga życia”, co może skutkować upadkiem projektu samostijnej Ukrainy. Znamy to już z kart historii i jak widać ukraińskie elity lubią kusić los, który ponownie może nie być dla nich łaskawy…
Uchwalona ustawa precyzuje, kto może być uhonorowany w Panteonie Narodowym, a lista jest naprawdę imponująca. Rozciąga się bowiem od władców Rusi Kijowskiej i parapaństwa kozackiego, poprzez liderów ukraińskiego ruchu narodowego w XIX wieku i bojowników o samostijną derżawę z XX wieku, aż po współczesnych prezydentów Ukrainy. Nie zapomną też być może o legendarnych założycielach Kijowa, czyli trzech braciach: Kiju, Szczeku i Chorywie oraz ich siostrze Łybedzi… Trzeba przyznać, że władcy państwa ukraińskiego, które liczy sobie niespełna 35 lat, mają rzadko widywany rozmach w przywłaszczaniu cudzej historii, która niewiele ma z nimi wspólnego. Jednak w kontekście niedawnej wypowiedzi Budanowa nie powinno nas to dziwić, stwierdził on bowiem, że: „Ukraina jest wybranym ludem Boga, a wśród Słowian na pewno wybranym ludem Boga. Dlatego stoimy i będziemy nadal stać. Wszystko zaczęło się tutaj”. Jeśli (nie)święty Kyryło miałby poczucie humoru, to byłby to zapewne kiepski żart, ale w jego przypadku należy raczej stwierdzić, że „odjechał mu peron”… Jednak największe kontrowersje budzi w Polsce plan pochówku krwawych watażków z UPA, co potwierdził deputowany z frakcji Sługa Narodu, Mykyta Poturajew, który przyznał wprost, że w panteonie może się znaleźć także Stepan Bandera – „jako osoba, która ogłaszała w 1941 roku państwo ukraińskie”. Zełenski jest w tej kwestii bardzo zdeterminowany, o czym świadczy jego komunikat z 11 sierpnia 2026 roku, gdy ogłosił, że w Holandii ekshumowano szczątki pierwszego przywódcy OUN, Jewhena Konowalca, którego następnie 18 sierpnia uroczyście pochowano w Kijowie. Konowalec był współzałożycielem Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), która była odpowiedzialna za akcję terroru i sabotażu wymierzonego w II Rzeczpospolitą oraz stworzyła struktury i wyszkoliła kadrę organizującą masowe ludobójstwo polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Nie możemy więc żyć złudzeniami, że „wynegocjujemy” z Zełenskim wygumkowanie z ukraińskiej historii sprawców najohydniejszych zbrodni, bowiem wtedy składałaby się ona w większości z białych plam i czarnych dziur… Celnie to zresztą opisał prof. Włodzimierz Pawluczuk, który zauważył, że: „Nie byłoby niepodległej Ukrainy, nie byłoby historii narodu ukraińskiego jako narodu politycznego, walczącego o pełną niepodległość, gdyby nie nacjonaliści [… ], gdyby nie narodowy fanatyzm jednostek opętanych szaleńczą ideą stworzenia z amorficznej »ruskiej « masy bitnego, znaczącego dziejowo narodu. Los Ukrainy byłby podobny do losu Białorusi. Jeśli wykreślić z dziejów Ukrainy zawartość ideową i działalność nacjonalistów, w tym przede wszystkim UPA, to kultura i historia Ukrainy nie zawiera treści, które by dawały szansę na legitymację pełnej niepodległości tego kraju. Dziewiętnastowieczni patrioci Ukrainy [… ] nic nie mówili o niepodległej Ukrainie i – co więcej – nie myśleli o tym. Ale nie myśleli o tym nawet Hruszewski i Winnyczenko, przywódcy Centralnej Rady Ukrainy w 1917 roku, postulując jedynie autonomię Ukrainy w ramach Rosji”.
Dlatego trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy, bez względu na to, jak jest ona okropna, bowiem karmienie się złudzeniami może doprowadzić nas kiedyś do narodowej katastrofy. Prawdą jest zaś to, że mit samostijnej Ukrainy jest od początku budowany na totalnym konflikcie nie tylko z Rosją, ale także z Polską. Przykładem może być wiarołomna i zbuntowana kozaczyzna, która przelała morze polskiej krwi, aby w końcu wylądować w „troskliwych” objęciach rosyjskiego cara. Jak również zbrodniczy hajdamacy, czy równie krwiożercza koliszczyzna z XVIII wieku, co z poduszczenia Moskwy niszczyła polskość na Kresach Rzeczypospolitej i kopała grób naszej państwowości. Świadczy też o tym zamach halickich nacjonalistów na polski Lwów w 1918 roku, czy okrutny terror bojówek OUN-UWO, które mordowały przeważnie Polaków i Ukraińców opowiadających się za współpracą naszych narodów. Przykładem tych zbrodni jest zabicie Iwana Babija, dyrektora ukraińskiego gimnazjum we Lwowie, czy gorącego zwolennika ugody polsko-ukraińskiej Tadeusza Hołówki. W 1934 roku bojówkarze OUN-UWO zastrzelili ministra Bronisława Pierackiego, za co w dwa lata później trzech z nich zostało skazanych na karę śmierci, zamienioną im na mocy amnestii na dożywocie, a reszta dostała wyroki wieloletniego więzienia. W ostatnich słowach wygłoszonych przed sądem Stepan Bandera wykrzyczał: „żelazo i krew nas rozsądzi”, a pozostali oskarżeni zawołali: „slawa Ukrajini”. I niewątpliwie była to zapowiedź krwawej rzezi jakiej banderowcy dopuścili się na bezbronnej ludności Wołynia i Małopolski Wschodniej. Na jakiej więc wspólnej historii mamy budować nasze wzajemne relacje, jeśli większość ukraińskich herosów to są bandyci, mordercy, terroryści i hitlerowscy kolaboranci? Natomiast Symona Petlurę, który zawarł pakt z Piłsudskim, uznaje się za zdrajcę na Ukrainie …
Spór o gloryfikację UPA i konstruowany panteon jest bez wątpienia elementem precyzyjnie zaplanowanej strategii Zełenskiego i nie ma znaczenia, czy wywołały go potrzeby wewnętrznej polityki, czy też chęć uderzenia w Polskę. Nie zmienią tego sekretne rozmowy Sikorskiego z Sybihą, który podobno przywiózł do Warszawy „kompromisową” propozycję, żeby w Panteonie Narodowym umieścić postać gen. Marka Bezruczki – ukraińskiego dowódcy, który w 1920 roku razem z Polakami bronił Zamościa przed armią bolszewicką. Nie ma bowiem żadnej gwarancji, że po jakimś czasie, gdy emocje opadną, Ukraińcy nie wprowadzą tam z honorami „Kłyma Sawura” i Romana Szuchewycza. Niedorzeczne są też pomysły uczynienia patronem „pojednania” hetmana Iwana Mazepy, bo z jednej strony jest on przykładem polityka niestabilnego i wiarołomnego, który zmieniał protektorów jak rękawiczki, często łamiąc składane przysięgi i porzucając sojuszników. Z drugiej zaś, za przyczyną relacji Jana Chryzostoma Paska, funkcjonuje w naszej kulturze obraz Mazepy jako niepoważnego bawidamka, który za romans z żoną polskiego szlachcica został ponoć ukarany w ten sposób, że przywiązano go do końskiego ogona i przepędzono z gołą dupą przez cierniste krzaki. Ot i cała prawda o plejadzie „neutralnych” gwiazd ukraińskiej historii, bo reszta kijowskich (anty)bohaterów, to raczej ponure postacie z naszych dziejów, które swoje hetmańskie buławy i atamańskie szlify zdobywały kosztem męczeństwa Polaków.
Rocznica Krwawej Niedzieli
11 lipca, jak co roku, Polacy uczcili ofiary ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Obchody odbywały się w wielu miejscach Polski, natomiast piszący te słowa, wraz z delegacją Ruchu Patriotycznego, celebrował tę rocznicę w Domostawie na Podkarpaciu, gdzie przed Narodowym Pomnikiem Rzezi Wołyńskiej odbywały się społeczne uroczystości. Panowała tam serdeczna atmosfera, można powiedzieć, że czuło się bijące serce Polski, a frekwencja była wyższa niż w poprzednim roku i można ją ocenić na ponad 2 tys. uczestników. Niezaprzeczalną zaletą tych uroczystości był brak nudnych przemówień w wykonaniu nadętych polityków, bowiem stronią oni od tego miejsca, bojąc się konfrontacji z brutalną wymową historycznych faktów. Nie będę opisywał dziejów powstania tego pomnika, ale chcę zauważyć, że od samego początku jego idea i projekt budziły zdumiewającą niechęć w „polskich” kręgach decyzyjnych. W momencie zaś jego odsłonięcia nastąpiła z ukraińskiej strony fala wściekłych ataków. Lider współczesnej OUN, Bohdan Czerwak, stwierdził: „Niestety, Polacy nigdy nie zrozumieli, że obrażając uczucia narodowe Ukraińców kopią grób dla Polski”. Natomiast prezes Związku Ukraińców w Polsce, Mirosław Skórka, ocenił, że: „Nie jest to pomnik ofiar, tylko pomnik nienawiści. I dlatego jest przez wielu ludzi interpretowany właśnie tak, jako coś, co ma utrzymywać, podsycać nienawiść, a nie oddać należną cześć, należny szacunek ofiarom tego, co się stało w 1943 roku”. W następstwie takich wypowiedzi i w trosce o „wrażliwość” Ukraińców, kierowane przez Sikorskiego MSZ wydało w lipcu 2024 roku oburzający komunikat, który głosił: „Zwracamy uwagę, że pomnik, który ma zostać odsłonięty w miejscowości Domostawa jest efektem prywatnej inicjatywy. Zarówno jego kształt jak i sama budowa, nie uzyskały wsparcia władz centralnych na żadnym etapie prac. Artystyczny kształt pomnika Rzeź Wołyńska i jego drastyczna wymowa wzbudzają wiele kontrowersji. Obawiamy się, że nie przysłuży się on upamiętnieniu ofiar, lecz instrumentalizacji ich tragedii przez osoby niechętne poszukiwaniu porozumienia pomiędzy oboma narodami w trudnych kwestiach historycznych. Nie ma wątpliwości, że odsłonięcie pomnika zostanie wykorzystane przez rosyjską propagandę do budowy podziałów między naszymi społeczeństwami”. Ten plugawy głos przedstawicieli „polskiej” administracji jest wyrazem najpodlejszego zaprzaństwa i zasługuje na ostre potępienie. Jednak, pomimo usilnych starań, nie udało się banderowcom i ich poplecznikom zatrzymać budowy pomnika w Domostawie, który został uroczyście odsłonięty w 2024 roku. W ten sposób prawda przebija się do świadomości narodu polskiego, chociaż tchórzliwi politycy zrobili wiele, żeby ją na zawsze pogrzebać.
Jak można się było spodziewać, Ukraińcy nie omieszkali dolać oliwy do ognia, bowiem Budanow tuż przed 11 lipca udzielił wywiadu, w którym insynuował, że w najbliższych dniach nastąpi wzrost napięcia między Warszawą a Kijowem, ponieważ Polska miała rzekomo przygotowywać „szereg niedojrzałych kroków eskalacyjnych” związanych z rocznicowymi obchodami. Posunął się nawet do wypowiedzenia otwartej groźby pod adresem naszego państwa, stwierdzając, że: „Ukraina nie przyjmie ultimatum od nikogo na tym świecie. Ostatnio to Rosja próbowała postawić nam ultimatum – bez urazy wobec Polski, ale jest nieco potężniejsza niż Polska – a my i tak go nie przyjęliśmy. Tak, jest ciężko, źle, jest dużo krwi. Ale nawet ich ultimatum nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś innego, z innej strony? Nie należy rozmawiać z nami za pomocą ultimatów”. Budanow, głosząc takie brednie, okazał się niewiarygodnym manipulatorem i podłym szantażystą, który z premedytacją nie dostrzega różnicy między Polakami czczącymi pamięć ofiar ukraińskiego ludobójstwa, a Ukraińcami gloryfikującymi zbrodniarzy z UPA. I jakby na potwierdzenie tego, że Ukraina w szybkim tempie brunatnieje, w dniu 6 lipca mer Lwowa wciągnął na maszt czerwono-czarną banderę i ogłosił rok 2027 rokiem dowódcy UPA Romana Szuchewycza i działacza OUN Ołeha Olżycza.
W rocznicę Krwawej Niedzieli odbyły się też obchody w Ołyce na Wołyniu, zorganizowane przez biskupa Witalija Skomarowskiego, w których wziął udział wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Podczas tej uroczystości doszło jednak do skandalu, bowiem kierownik polskiej ambasady w Kijowie, Piotr Łukasiewicz, w swoim przemówieniu stwierdził: „Pochylając głowę nad polskimi ofiarami przemocy ukraińskiej na Wołyniu, nie mogę nie wspomnieć o ukraińskich ofiarach przemocy polskiej na terenachdawnej II Rzeczpospolitej przed wojną i w jej trakcie”. Wypowiedź ta wzburzyła polską opinię publiczną, która zażądała jego natychmiastowej dymisji, bo wykazał się on kompletnym brakiem wyczucia i stworzył w swoim przemówieniu fałszywy obraz symetrii win. Dobrze to scharakteryzował Marek Magierowski, który powiedział, że: „Łukasiewicz ubrał swój wywód w narrację o »wielkiej, ludzkiej tragedii « okresu II wojny światowej, gdy nastąpiła erupcja zdziczałych nacjonalizmów, jedne narody wyrzynały inne, a krew lała się potokami. Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni i wszyscy powinniśmy się za to wstydzić”. Ocenił również, że: „Czym innym są jednak publicystyczne kreacje, a czym innym oficjalne wypowiedzi najwyższych państwowych urzędników. Zwłaszcza w czasie ogromnego napięcia w dwustronnych relacjach, podsycanego przez ukraińskie władze. Jeśli Piotr Łukasiewicz tego nie rozumie, nie powinien kierować polską ambasadą w Kijowie”.
W obronie niewydarzonego dyplomaty stanął natomiast jego szef – minister Sikorski, który stwierdził, że: „Ryzykujący życiem dla ojczyzny pod rosyjskimi bombami płk Łukasiewicz wypowiedział się w chrześcijańskim duchu »wybaczamy i prosimy o wybaczenie«. Bo w obliczu wspólnego zagrożenia pracuje na rzecz pojednania. A niektórzy nacjonalistyczni sekciarze szczują bratnie narody na siebie, służąc zupełnie innym interesom”. Wypowiedź Sikorskiego zadziwiająco koresponduje z treścią oświadczenia Zełenskiego, który, w nawiązaniu do rocznicy Krwawej Niedzieli, stwierdził: „Musimy pamiętać, że w obecnych czasach Ukraina i Polska stoją przed wspólnym, śmiertelnym zagrożeniem dla naszej niepodległości. Dla obu naszych państw, dla każdego miasta i każdej wsi. To zagrożenie to Rosja”. Łukasiewicz popisał się już wcześniej niesamowitą głupotą, gdy po nadaniu przez Zełenskiego jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” wydał oświadczenie, w którym stwierdził: „Stoimy na stanowisku, że każde państwo ma prawo kształtować własną pamięć historyczną i wybierać swoich bohaterów, przy świadomości konsekwencji takich decyzji w relacjach międzynarodowych”. Tego typu zachowania nie mogą być dla nas zaskoczeniem, jeśli przypomnimy sobie wypowiedź innego przedstawiciela centrolewu, wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, z pochodzenia Ukraińca, który miał czelność w czerwcu 2026 roku porównać UPA do polskich Żołnierzy Wyklętych. Stwierdził wtedy, że „to była formacja, która […] walczyła o niepodległość Ukrainy, walczyła w ramach tego ukraińskiego imaginarium przede wszystkim z Sowietami i to była taka walka beznadziejna”. Według niego banderowcy „to byli tacy trochę, ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konotacjami tego słowa, trochę tacy ukraińscy żołnierze niezłomni”. Przedstawione tu zachowanie nieudolnych dyplomatołów ze stajni księcia-małżonka, świadczy o tym, że w historycznych kwestiach „polski” MSZ dostosowuje swoje stanowisko do oczekiwań Kijowa i nie liczy się w ogóle z uczuciami Polaków oraz polską racją stanu.
W Ołyce ukraińską stronę reprezentował szef tamtejszego IPN, Ołeksandr Ałfiorow, który w mentorskim tonie zauważył, że wydarzenia z 1943 roku są faktem i wymagają pamięci, ale „ta pamięć musi być uczciwa, rzetelna i wolna od politycznych manipulacji”. W jego opinii: „Nie powinna stać się bronią, która ponownie dzieli Ukraińców i Polaków. Wręcz przeciwnie, powinno nas łączyć zrozumienie błędów przeszłości i gotowość wspólnej pracy dla przyszłości”. Jak więc widać, ten były żołnierz Brygady „Azow”, nie jest w stanie uczciwie ocenić ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, ale za to specjalizuje się w rozpowszechnianiu fałszywej narracji na ten temat. Świadczy o tym jego wcześniejsza wypowiedź z 2025 roku, gdy odnosząc się do zbrodni UPA na mieszkańcach Puźników stwierdził: „Sam atak nie miał charakteru ludobójstwa ani żadnego zamordowania ludności cywilnej. Co właściwie potwierdzają szczątki ekshumowanych, w tym 15 męskich kości w wieku mobilizacyjnym. Wieś Puźniki była jednym z ośrodków, w których NKWD współpracowało z polskimi partyzantami przeciwko ludności ukraińskiej”. W lutym 2026 roku, w obszernym wywiadzie dla portalu „Ukraińska Prawda”, powiedział zaś, że: „Tragedia wołyńska jest jednym z mitów państwowych Polski. Nie mitem, nie legendą, ale jednym z kluczowych elementów wielkiej narracji polskiej. Postrzegają ją nie w liczbach, ale w emocjach. Polacy mają swój własny ból. Dla większości Ukraińców to tylko lokalny epizod historii, bo to było tylko na Wołyniu. A Polacy, którzy później wyjechali, osiedlili się w całej Polsce”. Stwierdził również: „Możemy z nimi dyskutować o liczbach, ale nie zostaną one zaakceptowane. Jest badacz Ihor Gałagida, który wraz z kolegami oblicza rzeczywiste liczby. Okazuje się, że w latach 1939-1947 w tym konflikcie zginęło ponad 28 tys. Ukraińców. To badanie opiera się na danych z rzeczywistych źródeł, a nie na ustnych zeznaniach. Strona polska ustaliła tę liczbę na podstawie ustnych zeznań”. Ałfiorow zarzucił też Polakom demonizowanie Stepana Bandery i ocenił, że: „Ukraińsko-polskie dyskusje o Wołyniu powinny być skierowane w przyszłość, a nie w przeszłość. […] Pierwsze, co musimy zrozumieć – przez tę historię trzeba przejść dla wspólnej przyszłości […]. Nie jest sztuką walczyć z martwymi. W tamtych czasach zabijano cywilów z różnych powodów. Szukają rozkazów dowódcy UPA Szuchewycza. Nie było ich. Demonizują Banderę. Można demonizować, ale trzeba zostawić narodowe historie państwom, w których one się tworzą”. Ponadto szef ukraińskiego IPN wyraził wątpliwość, czy Polacy dadzą sobie radę ze zbadaniem 26 lokalizacji, w których chcą prowadzić prace poszukiwawcze oraz przekonanie, że „po zgodzie na ekshumacje z czasem temat zacznie wygasać”. W świetle przytoczonych wypowiedzi dziwnie więc wygląda samozadowolenie Kosiniaka-Kamysza z powodu jego peregrynacji na Wołyń, bowiem oddając hołd ofiarom ukraińskiego ludobójstwa, zrobił to w towarzystwie notorycznego kłamcy i banderowca Ałfiorowa, a także nie zareagował na skandaliczny wybryk Łukasiewicza, którym obraził pamięć Polaków pomordowanych przez bandy UPA.
Ukraińska V kolumna atakuje…
W ostatnich miesiącach nasiliła się aktywność ukraińskiej V kolumny, której przedstawiciele nieustannie szczują na Polaków. Składa się ona z różnej maści osobników dyszących nienawiścią do naszego narodu i wykorzystujących każdą okazję, żeby nam dokopać. Na czoło tej szczujni wysunął się niewątpliwie towarzysz marszałek Czarzasty, który cynicznie nadużywa autorytetu Sejmu do uprawiania antypolskiej propagandy. Niedawno bowiem na konferencji prasowej zaatakował prezydenta Nawrockiego i innych prawicowych polityków za rzekome nakręcanie spirali nienawiści wobec obcoplemieńców. Wykorzystując przypadek pobicia ukraińskiego nastolatka, ogłosił, że: „Polowanie na Ukraińca trwa. Potępiam tu w polskim Sejmie zachowania antyukraińskie. […] Wobec innych narodów trzeba być człowiekiem, a nie polityczną hieną. Najpierw jest złe słowo, potem pobicia, potem nóż i śmierć”. Czarzasty rozpętując histerię o celowym „szczuciu na Ukraińców” robi im większą krzywdę niż ci ludzie, którzy ujawniają ich występki i przestępstwa dokonywane w Polsce. Robi z nich bowiem „święte krowy”, będące pod szczególną ochroną zdeprawowanego rządu centrolewu, których w żaden sposób nie można krytykować, bo to, zdaniem czerwonego marszałka, kwalifikuje się jako sianie nienawiści na tle narodowościowym. Lecz, gdy Ukrainiec napadnie na Polaka, to jest wtedy nieszczęśliwy zbieg okoliczności lub co najwyżej chuligański wybryk, rozdmuchiwany przez rosyjską propagandę.
Przykładem może tu być „afera” autobusowa z Bielska-Białej, gdy jakiś mężczyzna zwyzywał dwie nastolatki z Ukrainy, bo zignorowały jego uwagi dotyczące ich niestosownego zachowania się. Sprawa zyskała medialny rozgłos, ponieważ jedna z nich nagrała to zajście telefonem, a film trafił natychmiast do sieci i został wykorzystany przez antypolskich propagandystów, jako przykład polskiej ksenofobii. Prokuratura niezwłocznie postawiła zarzuty awanturnikowi, a banderowska szczujnia rozpoczęła akcję biczowania Polaków za ich rzekomo „niepoprawne” nastawienie do ukraińskich „braci”. W sukurs „biednym” Ukraińcom prześladowanym przez polskich panów, przyszedł też ambasador Wasyl Bodnar, który oznajmił: „Pracujemy nad stworzeniem tzw. poradnika dla obywateli Ukrainy, jak zachowywać się w sytuacjach kryzysowych, w przypadku nienawiści lub przejawów agresji, ponieważ wiele osób nie wie, jak bronić się w polskim systemie prawnym. Ukraińscy dyplomaci wspólnie z prawnikami i ekspertami tworzą taki poradnik. […] Współpracujemy również z lokalnymi organami policji, które bezpośrednio reagują na akty agresji wobec Ukraińców. Naszą uwagę skupiamy na wszystkich wydarzeniach o charakterze społecznym i w razie potrzeby podejmujemy odpowiednią reakcję”. Na odzew „zgnębionych” Ukraińców nie trzeba było długo czekać, bo w sieci internetowej pojawiło się sporo filmików przedstawiających naszych starszych wiekiem rodaków, którzy opędzali się od nachalnych zaczepek cwaniaków, próbujących sprowokować ich do niestosownych reakcji. Skala tych prowokacji i podobieństwo scenariusza wskazują na to, że jest to zorganizowana akcja szczucia na Polaków. Jeśli zaś przestępstwa lub zbrodni dopuszczą się Ukraińcy, to wtedy organy ścigania podległe ministrowi Kierwińskiemu, starają się często ukryć tożsamość sprawców, żeby nie wywoływać niechęci wobec obcokrajowców.
Świadectwem takiego działania jest sprawa zabójstwa Polaka i pobicia jego partnerki w Bytowie, przez trzech zapijaczonych Ukraińców, którą usiłowano wyciszyć i dopiero po poselskiej interwencji dowiedzieliśmy się o narodowości sprawców tego śmiertelnego pobicia. Jak więc widać, „odpowiednio” poinstruowane organy naszego państwa, w każdym występku Polaków wobec Ukraińców doszukują się ataku na tle narodowościowym, za co grozi wyższa sankcja karna, natomiast w odwrotną stronę to zupełnie nie działa, co w oczywisty sposób rozbestwia „gości” ze Wschodu… W ten modus operandi reżimu Tuska wpisuje się także reakcja na bestialski atak ukraińskiego nożownika, który 24 września 2026 roku w opactwie Benedyktynek w Jarosławiu na Podkarpaciu zadźgał nożem kuchennym księdza, a cztery inne osoby poważnie zranił. Okoliczności tej makabrycznej zbrodni były na tyle szokujące, że rządzącym nie udało się ukryć przed opinią publiczną najistotniejszych dowodów. Popłynęły więc ze świata polityki wyrazy ubolewania i współczucia dla ofiar, były też zapewnienia o ukaraniu bandyty z „całą surowością polskiego prawa”. Tyle tylko, że prokuratura przez długi czas nie była w stanie postawić zarzutów Ihorowi M., bo biegli sądowi w ekspresowym tempie orzekli, że ma on „ostre wielopostaciowe zaburzenia psychotyczne”, które uniemożliwiają jego przesłuchanie. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że ukraińskie lobby będzie chciało zrobić z niego wariata, aby w ten sposób odwrócić uwagę Polaków od niewygodnych faktów. A gdy już sprawa nieco przycichnie, to bandyta zniknie ze szpitala psychiatrycznego i rozpłynie się w mgle wojny na Ukrainie.
Dlaczego w antypolskiej nagonce uczestniczy towarzysz marszałek Czarzasty? Być może spił się ukraińskim samogonem i obudziła się w nim fantazja stepowego hultaja, ale bardziej prawdopodobne jest to, że z premedytacją wykorzystuje napięcia w stosunkach polsko-ukraińskich do zbudowania sobie silniejszej pozycji wśród zwolenników polityki multikulturalizmu. W przeszłości bowiem wykorzystywał już do tego celu osobników LGBT i nielegalnych imigrantów, a jego przodkowie zapewne chlebem i solą witali sowieckich sołdatów, którzy 17 września 1939 roku nieśli na swoich bagnetach „wyzwolenie” białoruskim i ukraińskim „braciom”, uciskanym rzekomo przez pańską Polskę. Nie ulega też wątpliwości, że prezentuje on zdecydowaną postawę proukraińską, o czym świadczy jego wizyta w Kijowie w lutym 2026 roku, gdzie podczas wystąpienia na forum Werchownej Rady bredził o wspólnocie wartości z Ukraińcami i powtarzał fałszywy slogan, że „nie może być wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. Próbując nas usilnie skleić z kijowskimi „braćmi” wykrzykiwał z entuzjazmem „sława Ukrainie” i bez jakiegokolwiek upoważnienia obiecywał, że Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, a robił to w sali przystrojonej w czerwono-czarne flagi…
Przygrywką dla antypolskiej hucpy były wypowiedzi ukraińskich aktywistów i „krokodyle łzy” wylewane przez ambasadora Bodnara nad każdym poszkodowanym Ukraińcem. Natalia Panczenko, hołubiona przez „Gazetę Wybiórczą”, niedawno straszyła nas, że: „Jest to ogromne zagrożenie dla Polaków […], ponieważ obecnie, gdy co dziesiąty mieszkaniec Polski jest Ukraińcem, podsycanie niechęci między Ukraińcami a Polakami staje się bardzo niebezpieczne, przede wszystkim dla samej Polski. To właśnie na terytorium Polski mogą zacząć się bójki, podpalenia sklepów, domów i innych obiektów…”. Wołodymyr Wiatrowycz, były szef ukraińskiego IPN, ostrzegał zaś, że: „Poziom dyskusji w polskim społeczeństwie niewiele odbiega od tego, co działo się w Rosji tuż przed wojną. W najgorszym razie doprowadzi to do pogromów na Ukraińcach. Jest ich wielu, łatwo ich rozpoznać i są bezbronni, jeśli państwo polskie ich nie ochroni”. A co ma o tym myśleć przeciętny Polak, który z jednej strony jest biczowany przez polskojęzyczną agenturę, a z drugiej jest straszony przez Ukraińców? Jak ma zareagować, gdy widzi, że nasza przestrzeń publiczna jest na potęgę ukrainizowana, a z mass mediów sączy się bezustannie fałszywą opowieść o wspaniałych Ukraińcach i podłych Polakach, którzy nie doceniają wkładu wnoszonego przez ukraińskich uchodźców do naszej gospodarki? Już w marcu 2022 roku „Gazeta Wybiórcza” zalecała, żeby Polacy uczyli się ukraińskiego, bo zdaniem jej publicystów „ten język coś cudownego robi z mózgiem”… Konsekwencją takich poronionych pomysłów jest zainfekowanie bezkrytycznym ukrainizmem znacznej liczby polityków i tzw. liderów opinii, którzy bezwzględnie piętnują każdy przejaw niezadowolenia z zachowania Ukraińców nadużywających naszej gościnności. Wielkie larum podnoszone jest nawet wtedy, gdy w urzędzie, sklepie lub u lekarza wymaga się od nich, by posługiwali się językiem polskim, bo wbrew zachętom Michnika Polacy jednak nie nauczyli się mówić po ukraińsku… Widzimy wokół siebie pełno żółto-niebieskich flag, chociaż na Ukrainie nie uświadczymy polskich barw narodowych. Ukraińcy zostali bez żadnych ograniczeń dopuszczeni do naszego sytemu opieki socjalnej i zdrowotnej, co zostało nieco skorygowane dopiero w 2025 roku. Przez długi czas mieli pierwszeństwo w korzystaniu z usług lekarza i hojne wsparcie materialne, podczas gdy polscy obywatele nie mogli liczyć na podobne traktowanie. Czy nie jest to dziwne, że uprzywilejowuje się obcokrajowców, kosztem rodzimej ludności naszego kraju? W jakim innym państwie na świecie robi się podobną politykę? Dlatego nie ma się co dziwić, że Polacy mają już dość przekształcania Polski w „gospodarstwo pomocnicze Ukrainy”, zwłaszcza, że za okazaną pomoc nie doczekali się wdzięczności, tylko słów pogardy i pogróżek. Ukraińcy niestety zapracowali sobie na rosnącą wobec nich niechęć lub obojętność, bo pomimo tego, że utrzymujemy ich własnym kosztem, to są oni coraz bardziej butni i roszczeniowi. Zachowują się nierzadko wyzywająco, uważając się za ludzi lepszego sortu, w czym umacnia ich antypolska narracja czarnej sotni Michnika. Oliwy do ognia dolewa też kijowska propaganda, która ustawiła Polskę w roli chłopca do bicia i sprawcę nieszczęść, jakie spadły na ukraińskie „imperium”…
Oczywiście nie dotyczy to wszystkich Ukraińców przebywających w naszym kraju, bo wielu z nich uczciwie pracuje i przestrzega zasad gościnności, ale niestety krzykliwa i rozwydrzona hołota psuje im reputację i naraża na nieprzyjemne reakcje ze strony gospodarzy. Niemniej jednak trzeba zauważyć, że sytuacje konfliktowe są marginalnym zjawiskiem, a sami Ukraińcy, wbrew kłamliwej propagandzie, zadowoleni są z warunków pobytu w Polsce i nie zamierzają masowo wracać na Ukrainę, o czym świadczy chociażby najnowszy raport Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego. Potwierdził to także ambasador Bodnar, który ocenił, że histeryczne wypowiedzi o rzekomym oczekiwaniu w Polsce na antyukraińskie pogromy są przesadą, bo „robi się to specjalnie po to, aby podgrzewać opinię publiczną” i według niego „nie ma oznak masowych wystąpień przeciwko Ukraińcom”. Odmiennego zdania jest natomiast Michnik, który ostatnio uczestniczył w koszernym festiwalu SchulzFest w Drohobyczu, gdzie nie omieszkał ostro zaatakować polskiego obozu patriotycznego, oskarżając go o odwoływanie się do „emocji faszyzmu”. Stwierdził, że: „Kiedy dzisiaj słucham wypowiedzi polityków polskiej prawicy i prezydenta Polski Karola Nawrockiego, mam wrażenie, że te emocje polskiej duszy powstały z martwych. Emocje faszyzmu. Emocje odwołujące się do skrzyżowania faszyzmu z bolszewizmem”. Zaznaczył też, że celowo wypowiada te słowa w „ukraińskim” mieście, aby jako „Polak” odciąć się od decyzji Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, bo jego zdaniem jest „to hańba i wstyd dla całej polskiej demokracji”. No cóż, tego właśnie można się było spodziewać, że Michnik, zamiast szukać tam sposobu na złagodzenie napięcia w relacjach polsko-ukraińskich, będzie podgrzewał antypolskie emocje oraz zachęcał potomków rezunów do wspólnej walki z urojonymi demonami polskiego faszyzmu. I trzeba przyznać, że prowokacje Michnika mocno rezonują wśród jego wyznawców, bowiem wiceminister Szeptycki uznał, że „w ustach niektórych polityków prawicy Ukraińcy stali się współczesnymi Żydami”. Tymczasem w Polsce trwa już na dużą skalę polowanie na Polaków, nękanych przez ukraińskich prowokatorów i ściganych (o zgrozo) przez polską policję, zmuszaną do tego przez reżim wicekanclerza Tuska. Potwierdził to 24 sierpnia 2026 roku minister (nie)sprawiedliwości, Waldemar Żurek, który podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy oświadczył: „Jako Prokurator Generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie razem z policją ścigają każdy przejaw nienawiści. […] Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć i bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe, bo nikt nie zniszczy naszej przyjaźni”. Ten wiernopoddańczy manifest został przyjęty z wielkim entuzjazmem przez Ukraińców i ich lokalnych popleczników zgromadzonych na Placu Zamkowym w Warszawie.
W ostatnich latach mamy też do czynienia z niepokojącym trendem, na który trzeba zwrócić uwagę, bo jeśli go zlekceważymy, to obudzimy się kiedyś z ręką w nocniku. Chodzi mianowicie o tworzenie jawnej i coraz bardziej agresywnej partii ukraińskiej w Polsce, która już nie ukrywa, że chce zaistnieć w polityce i wprowadzić swoich przedstawicieli do Sejmu, aby lobbowali na rzecz Ukrainy i swojej diaspory. Przykładem jest ukraińska aktywistka Natalia Panczenko, która posiada polskie obywatelstwo i ma podobno spore ambicje polityczne. Często gości w mediach głównego nurtu, gdzie niejednokrotnie szczuła na Polaków, a ostatnio na wiecu KOD-u wykrzykiwała: „Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie, bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć”. Plan stworzenia zwartej formacji politycznej z licznej diaspory ukraińskiej opisał już w 2023 roku politolog Witalij Kulik, związany ze środowiskiem tzw. EuroMajdanu, który stwierdził, że: „Ukraińcy w Kanadzie w większej liczbie będą mogli głosować za pięć lat. Przy okazji, ten problem, czy raczej możliwość, pojawia się nam także w innych krajach, bo przedział czasowy do uzyskania przez naszych emigrantów obywatelstwa wynosi do pięciu lat. I wtedy otrzymamy co najmniej kilkaset tysięcy obywateli Polski pochodzenia ukraińskiego, z którymi trzeba będzie się poważnie liczyć, bo będą wyborcami”. Zalecał również: „To ważne, żeby społeczność ukraińska współpracowała z jakąś partią polityczną, a nie rozpraszała się między różnymi. A będzie jakaś grupa polityczna, która powie »chronimy interesy Ukraińców«, a na ich listach będą Ukraińcy. I tyle. Dostajemy lobbystę, partnera, sojusznika politycznego i nasza gra staje się bardziej interesująca”. W podobnym tonie wypowiedział się w połowie września 2026 roku Dmytro Kułeba, który, powołując się na przykład ukraińskiej diaspory w Kanadzie, wezwał swoich rodaków do większej aktywności: „Zawsze mówię Ukraińcom mieszkającym za granicą: jeśli już zdecydowaliście się tam zostać, to idźcie do polityki, stańcie się siłą polityczną, zajmijcie wpływowe posady, stańcie się wpływowymi politykami, tak aby rządy krajów, w których żyjecie, nigdy nie mogły zrobić niczego, co nie odpowiada interesom Ukrainy”. Wyraził też przekonanie: „Moja teza jest taka, że chcę, aby osoba pochodzenia ukraińskiego, osoba z ukraińskimi korzeniami, została premierem lub prezydentem kraju europejskiego za maksymalnie 30 lat”. Podkreślił przy tym, że nie chodzi mu wyłącznie o przechwytywanie najwyższych stanowisk państwowych, bo niemniej cenne są posady ministrów, przewodniczących parlamentów, burmistrzów wielkich miast i liderów partii politycznych, co w dłuższej perspektywie stworzyłoby bardzo wpływowe lobby ukraińskie w krajach ich osiedlenia. No cóż, można rzec, że na naszych oczach spełniają się mokre sny ukrainofilów o przekształceniu naszego kraju w UKROPOL. Jeśli zaś przypomnimy sobie wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina z 2019 roku, podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy, to stanie się dla nas jasne, że nie jest to proces spontaniczny, tylko dobrze zaplanowana i zorganizowana akcja osiedleńcza. Gowin stwierdził bowiem, że: „Tym, co mnie najbardziej interesuje, jest ściąganie do Polski ludzi, którzy mogą być polską elitą. My naprawdę [emigrantów] bardzo potrzebujemy do roli przyszłych przywódców – biznesu, państwa, świata kultury itd.”.
Pedagogika wstydu
W momencie przechwycenia władzy przez „koalicję 13 grudnia” powróciła pedagogika wstydu, która jest uprawiana przy pomocy aparatu państwowego i komercyjnych mediów lewicowo-liberalnych. Polega zaś na wyciąganiu z historycznego kontekstu pewnych negatywnych zdarzeń z przeszłości i przedstawianiu ich w jednostronnym i zmanipulowanym przekazie, co ma wywoływać u Polaków poczucie winy i kompleksy, ale także dostarczać pseudoargumentów dla antypolskiej propagandy. W ten sposób z premedytacją fałszuje się polską historię, co zmierza do wywołania symetrii win i przerzucenia na nas odpowiedzialności za zbrodnie dokonywane przez naszych oprawców. Wrogów narodu polskiego kłuje w oczy jego moralna wyższość. Dlatego chcą Polakom odebrać status ofiary i postawić w roli współsprawców, a co najmniej tych, którzy sami sprowokowali zbrodniarzy do pastwienia się nad nimi… Na tym właśnie polega historyczna polityka Rosji, Niemiec, Izraela, a teraz Ukrainy, bo w istocie tym rewizjonistom chodzi o twardy interes. Moskwa szuka uzasadnienia dla swojej imperialnej polityki, Berlin nie chce nam płacić reparacji i dąży do supremacji w UE, Tel Awiw chce od nas wyłudzić jakieś wydumane roszczenia finansowe, a Kijów walczy o to, żeby prawda o ukraińskim ludobójstwie nie wyszła na jaw…
Czarnej sotni Michnika od pewnego czasu brakowało jednak paliwa do podsycania wewnętrznego konfliktu w Polsce, który służył interesom koszernej sitwy. Agnieszka Holland stwierdziła bowiem, że „szczepionka Holokaustu przestała działać” na Polaków, zwłaszcza po tym, co Izrael zaczął wyprawiać w Palestynie. Po przejęciu władzy przez centrolew wygasł też feministyczny ferment, a granica z Białorusią została na tyle uszczelniona, że radykalnie zmniejszył się strumień nielegalnych imigrantów. Dlatego sięgnięto po kwestię ukraińską, która stała się niezwykle gorącym tematem za sprawą gloryfikowania przez Zełenskiego bandytów z UPA. Zawiązał się więc nieco egzotyczny sojusz lokalnej żydokomuny z opcją probanderowską, który postawił sobie za cel walkę z „przerostem” polskiego patriotyzmu. Za sprawą tej antypolskiej szczujni zapanował w naszej przestrzeni publicznej niepojęty amok, który objawił się między innymi pod postacią gwałtu na języku polskim. Politycy, dziennikarze i głupawi celebryci zaczęli nagminnie strofować ludzi, którzy używali zwrotu „na Ukrainie”, zamiast oczekiwanej przez nawiedzonych cenzorów formy „w Ukrainie”. Zmuszanie Polaków do rezygnacji z tradycyjnej wymowy, utrwalonej w historycznym procesie rozwoju naszego języka, miało dogodzić Ukraińcom i w symboliczny sposób dowartościować ich państwo oraz zamanifestować odrzucenie przez nas wszelkich przejawów polskiego imperializmu. W początkowym okresie rosyjskiej inwazji na Ukrainę mieliśmy nawet do czynienia z jakąś zbiorową psychozą, która przeniknęła z „wyższych” sfer do ciemnego ludu. Nauczyciele w szkołach zaczęli się domagać od uczniów, aby dostosowali się do tej nowej mody, a nawet w prywatnych rozmowach można się było natknąć na bezrefleksyjnych korektorów, którzy próbowali wymusić „poprawną” politycznie wymowę. Szczytem żenady była zaś próba zamiany nazwy pierogów ruskich na ukraińskie, bo racjonalizatorom pomyliła się dawna Ruś z Księstwem Moskiewskim, jako miejscem pochodzenia tego specjału. Manipulacja językiem pojęć jest zresztą od wielu lat ulubionym zajęciem lewaków, którzy z uporem maniaka podmieniają znaczenie różnych terminów, upowszechniają durne feminatywy i nijakie formy zaimków, co ma ułatwić realizację ich szalonych teorii o płynności autoidentyfikacji płciowej. Intencje tej tresury są jasne, chcą bowiem zasiać pojęciowy chaos, a przy okazji upokorzyć Polaków, aby tym łatwiej łyknęli nową i koszerną wykładnię naszych dziejów.
Ofiarą absurdalnego sporu językowego stał się niedawno prezydencki minister Zbigniew Bogucki, który został wpisany na listę wrogów Ukrainy, za to tylko, że krytycznie wypowiadał się o Banderze i w swoich wypowiedziach, odnoszących się do naszych historycznych Kresów Południowo-Wschodnich, używał określenia Małopolska Wschodnia. Zarzucono mu również uprawianie antyukraińskiej propagandy i „manipulowanie informacjami o znaczeniu publicznym w celu podżegania Polaków do nienawiści wobec Ukraińców, do waśni etnicznych i wyznaniowych”. Centrum „Myrotworeć” to organizacja, która powstała w 2014 roku i prowadzi otwartą bazę osób uznawanych przez jej anonimowych twórców za zagrożenie dla Ukrainy. Pomimo tego, że założyciel serwisu, Heorhij Tuka, zaprzecza powiązaniom z SBU, to jednak wiele wskazuje na to, że jest on narzędziem realizującym politykę ukraińskich władz. Jego działalność budzi też kontrowersje ze względu na publikowanie personaliów osób wpisanych do tej bazy, zawierającej zresztą nazwiska wielu Polaków. Sprawa ta była przedmiotem dyplomatycznej interwencji polskiego MSZ, który domagał się usunięcia danych osobowych naszych obywateli, ale nie przyniosło to żadnego skutku, bo zapewne działalność tej szemranej inicjatywy jest na rękę Zełenskiemu.
Jeszcze większe oburzenie wywołują wypowiedzi niektórych przedstawicieli środowisk akademickich, szczególnie historyków, którzy w sposób celowy, bo nie podejrzewam ich o brak wiedzy, fałszują fakty lub relatywizują ukraińskie zbrodnie. W czerwcu 2026 roku popisał się obrzydliwym kłamstwem Kazimierz Wóycicki, nadworny dziejopis Michnika, który stwierdził, że: „Stosunki polsko-ukraińskie powinny być oparte na zrozumieniu, że AK i UPA to są dwie narodowowyzwoleńcze armie i już w czasie wojny były spotkania. Po wojnie 27. Dywizja Wołyńska spotykała się z weteranami UPA i podawali sobie rękę”. Powiedział jeszcze, że „Polacy też nabijali na widły, właśnie na tym Wołyniu”. W takim samym tonie brzmią wynurzenia dyrektora Muzeum POLIN, Dariusza Stoli, dla którego „oczekiwanie, że Ukraińcy teraz się rozliczą z dziedzictwem UPA jest po prostu nierealistyczne”. Uważa on, że nie powinniśmy być zbyt krytyczni wobec banderowców, bo „my mieliśmy podobnych ludzi, u nas się to nazywało Narodowe Siły Zbrojne i ONR”, które, jego zdaniem, „miały bardzo podobny program” do UPA, ponieważ „byli wrogami demokracji i wrogami mniejszości narodowych”. Dlatego uważa on, że „byliby to źli bohaterowie dla polskiej jednostki wojskowej”.
Z podobnymi „rewelacjami” wyskoczył niedawno prof. Norman Davies, który w wywiadzie dla Onetu stwierdził: „Nie mam wątpliwości, że to, co się wydarzyło na Wołyniu, jest zbrodnią w spektrum ludobójstwa”. Ale jednocześnie uznał, że chociaż UPA dopuściła się straszliwych zbrodni, to „ogólnie nie była organizacją kryminalną”, bo jej najważniejszym celem była walka z Niemcami i Sowietami, a z tymi ostatnimi „walczyła długo po II wojnie światowej […]. I dlatego ona jest widziana w Ukrainie jako organizacja bohaterska. To jest porównywalne do Żołnierzy Wyklętych w Polsce”. Davies nawoływał też do większej powściągliwości, mówiąc: „Sprawa jest niezałatwiona, ale poczekajmy do końca tej wojny […]. Inaczej Ukraińcy będą mieli straszne pretensje do Polaków, że w czasie wojny zaczęli mówić o przykrych sprawach”. Ta próba relatywizacji zbrodni UPA przez cenionego historyka wywołała duże oburzenie w Polsce, czemu nie należy się dziwić, ponieważ ośmiela to różnych oszczerców do wygłaszania antypolskich filipik i powoływania się przy tym na „naukowe” ustalenia. Przykładem tego jest Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, który w jednym z publicystycznych programów miał czelność stwierdzić: „Ludobójstwo to jest świadoma wola eksterminacji całego albo części narodu, [na Wołyniu] tak nie było”.
W obronie „godności” brytyjskiego historyka stanął pracownik polskiego IPN, Piotr Gontarczyk, który ostro zaatakował prof. Mirosława Szumiłę za rzeczową krytykę wypowiedzi Daviesa. W artykule napisanym dla Onetu, Gontarczyk wyraził opinię, że UPA nie była formacją przestępczą, bo „organizacja lub związek przestępczy to grupa osób, która powstała w celu lub w trakcie popełniania czynu zabronionego. To nie ma nic wspólnego z UPA: celem działania tej organizacji nie było mordowanie Polaków, tylko niepodległość Ukrainy”. I ciągnąc dalej swój niedorzeczny wywód, stwierdził: „Nie możemy uciekać od realiów epoki. Rzeź wołyńska to fragment tragicznej historii XX wieku, gdy triumfowały ideologie gloryfikujące rozwiązania »ostateczne « w eliminacji całych narodów. Tą drogą poszedł w czasie wojny także ukraiński ruch narodowy – stąd mordowanie Polaków. To nie zmienia faktu, że UPA trzeba traktować jako formację niepodległościową, której celem była »samostijna Ukraina«. O nią przyszło się zmierzyć członkom UPA przede wszystkim z Sowietami, ale niestety za swych wrogów nacjonaliści ukraińscy uznali też zamieszkujących Wołyń Polaków. Tyle że to jeszcze nie powód, żeby uznać ją za formację zbrodniczą”. Porównał też banderowców do polskiej partyzantki, pisząc, że dla Ukraińców „UPA to legenda – jak u nas Armia Krajowa, Narodowe Siły Zbrojne, Wolność i Niezawisłość oraz Narodowe Zjednoczenie Wojskowe. Czy nam się to podoba, czy nie, tak właśnie jest – UPA ma dla niepodległej Ukrainy niekwestionowane zasługi”. Usprawiedliwiając zaś masowe zbrodnie dokonane na polskiej ludności cywilnej, Gontarczyk stwierdził, że: „Kiedy w XX wieku Rzeczpospolita odzyskała niepodległość, była i polska kolonizacja Wołynia, i szykany wobec Ukraińców, i próby brutalnej polonizacji. O tym nie wolno zapominać. Parafrazując stare powiedzenie: jak chcesz wystawiać rachunki, to zacznij od siebie”. Odnosząc się natomiast do zabijania całych rodzin ukraińskich, napisał, że: „Totalne metody działania NKWD – w tym masowy werbunek agentów – powodowały, że UPA musiała być w takich sprawach wyjątkowo bezwzględna. Czasem wraz z konfidentem zabijała jego rodzinę, nawet dzieci, które z zemsty mogły zadenuncjować sąsiadów wspierających podziemie”. Gontarczyk swój skandaliczny artykuł zakończył w obrzydliwym stylu, pisząc: „Zamiast trudnej naukowej debaty z sąsiadem prof. Szumiło zaprezentował ultymatywne żądanie uznania UPA za organizację zbrodniczą, nawet kryminalną. Taka postawa znana jest Ukraińcom od 300 lat: Lachy znów pokazują wyższość cywilizacyjną i moralną, tupią nogą z marsową miną i oświadczają, kogo sobie nie życzą w historii Ukrainy. Na ich miejscu też przestałbym rozmawiać z butnym historycznym agresorem i pokazałbym mu zasłużony – tym bardziej że pochodzi z Polski – gest Kozakiewicza”. Stanowisko przedstawione przez Szumiłę określił zaś, że „to nie jest nauka, to ideologia, propaganda i wyzwiska”.
Zacytowałem dłuższe fragmenty artykułu Gontarczyka, ponieważ uznałem, że czytelnicy muszą wiedzieć z kim mają do czynienia i po jakiej stronie stanął on w historycznym sporze polsko-ukraińskim. Poza tym uważam, że całkowicie się zdyskredytował, głosząc antypolskie brednie, bo IPN został przecież powołany po to, by chronić pamięć ofiar i wskazywać sprawców, a nie ich wybielać. Zadowoleni mogą być natomiast ukraińscy nacjonaliści gloryfikujący UPA, bo teraz będą mogli twierdzić, że nawet historyk z polskiego IPN przyznaje im rację. Tekst popełniony przez Gontarczyka należy zatem uznać za ewidentny sabotaż polskich starań zmierzających do upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa i symbolicznego (niestety) rozliczenia jego sprawców. Przywołam też fragmenty odpowiedzi prof. Szumiło na filipikę Gontarczyka, ponieważ Onet nie raczył jej opublikować, a prostuje ona wiele wygłoszonych przez niego kłamliwych tez. Szumiło nie zgodził się z twierdzeniem jakoby UPA nie wypełniała kryterium organizacji przestępczej, bo rzekomo została powołana do innych celów. Dla niego nie ulega wątpliwości, że: „Związkiem przestępczym jest każda grupa osób, która dokonuje przestępstw. Hasła niepodległościowe nie mogą stanowić usprawiedliwienia dla ich zbrodniczych czynów”. Natomiast „teza Gontarczyka wynika z braku znajomości podstawowych faktów dotyczących Zbrodni Wołyńskiej. W rzeczywistości pierwsze oddziały partyzanckie UPA powstawały właśnie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w pierwszej połowie 1943 roku, tuż przed lub w trakcie tzw. akcji antypolskiej. Pierwszym celem ich działalności była »depolonizacja « tego regionu poprzez mordowanie polskiej ludności cywilnej. Należy przypomnieć, że początek ludobójstwa na Wołyniu zbiegł się w czasie z masową dezercją w marcu i kwietniu 1943 roku kilku tysięcy ukraińskich policjantów, którzy wstąpili do UPA. Służyli oni wcześniej pod komendą niemiecką w ukraińskiej policji pomocniczej (Ukrainische Hilfspolizei). Razem z Niemcami brali oni udział w egzekucjach wołyńskich Żydów”. Stwierdził też: „Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że w praktyce (nie w propagandzie) aż do lata 1944 roku wrogiem nr 1 byli dla UPA Polacy, a nie Sowieci. Czy polska ludność cywilna (w tym kobiety i dzieci) była w tym okresie największym zagrożeniem dla niepodległości Ukrainy?”. Szumiło zauważył, że: „Piotr Gontarczyk nie zgadza się również z moim stwierdzeniem o zbrodniczym charakterze UPA w okresie powojennym, gdy jej ofiarą padali głównie ukraińscy chłopi współpracujący z władzami sowieckimi. Widzimy tu niewiarygodne wręcz usprawiedliwianie zabijania przez UPA całych ukraińskich rodzin w imię odpowiedzialności zbiorowej, co jest całkowicie niezgodne z etyką przyjętą w cywilizacji europejskiej. Polskie podziemie niepodległościowe likwidowało konfidentów bezpieki, ale zdecydowanie odrzucało odpowiedzialność całych rodzin”. Szumiło na koniec swojej riposty stwierdził: „UPA walczyła o niepodległość Ukrainy. Ale jednocześnie trzeba podkreślić, że była to formacja stosująca zbrodnicze metody walki i kierująca sią ideologią radykalnego nacjonalizmu, zbliżoną w wielu punktach do faszyzmu i nazizmu. Trzeba także pamiętać, że »samostijna Ukraina « stworzona przez banderowców miała być państwem totalitarnym »oczyszczonym « z mniejszości narodowych. Ludobójstwa dokonanego przez UPA na ludności polskiej nie można usprawiedliwiać żadnym szczytnym celem, nawet walką o niepodległość”.
Przyznać trzeba, że wypowiedzi niektórych „polskich” historyków biją na głowę dokonania ich ukraińskich kolegów w zakresie fałszowania historii. Musimy więc je nagłaśniać i piętnować, ponieważ dostarczają oni alibi antypolskiej szczujni, która wielu Polakom robi wodę z mózgu. Jest to tym bardziej konieczne, bo ambasador Wasyl Bodnar niedawno dostrzegł, że w Polsce dominuje negatywne postrzeganie UPA. Lecz, zamiast potępić banderowskich zbrodniarzy, to zapowiedział kuriozalną akcję reedukacyjną dla Polaków, stwierdzając: „Naszym zadaniem jest pokazanie tej części historii, która pozostała w cieniu i nie jest przedstawiana w Polsce: o zbrodniach popełnionych na Ukraińcach, akcjach karnych przeprowadzanych przeciwko ukraińskim miejscowościom, o tym, czym naprawdę były »pacyfikacja«, »rewindykacja « i operacja »Wisła«”. Dlatego dla otrzeźwienia polskich głów, zaczadzonych wrogą propagandą, muszę zacytować głównego ideologa ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, Dmytro Doncowa, który w 1926 roku zalecał swoim wyznawcom: „To na woli (nie na rozumie), na dogmacie (nie na udowodnionej prawdzie), na nieumotywowanym porywie (a nie na regule) musi być zbudowana nasza narodowa idea, jeśli chcemy utrzymać się na powierzchni okrutnego życia. Bez przemocy i żelaznej bezwzględności niczego w historii nie stworzono. […] Przemoc i wojna oto metody, przy pomocy których wybrane narody szły drogą postępu. Przemoc to jedyny sposób, pozostający w dyspozycji […] narodów zbydlęconych przez humanizm”. Dekalog ukraińskiego nacjonalisty z 1929 roku głosił zaś: „Musimy wyrównać szalę sprawiedliwości, za górę naszych trupów muszą paść jeszcze większe góry trupów przeciwników […]. Żyjemy na granicy stepowych i osiadłych narodów, w walce przyjmiemy taktykę ludzi stepów. Okrutność wobec wroga nigdy nie jest za wielka. Tego nauczyła nas historia”. Dlatego właśnie nie możemy się dziwić, że zastępy rezunów wychowanych na tej zwyrodniałej ideologii, w czasie II wojny światowej i parę lat po jej zakończeniu, dopuszczały się świadomie i z premedytacją najohydniejszych zbrodni, a robili to na rozkaz swoich krwiożerczych watażków. Naczelny dowódca UPA, Roman Szuchewycz, nakazywał: „W związku z sukcesami wojsk sowieckich konieczne jest przyspieszenie likwidowania Polaków. Muszą zostać zgładzeni całkowicie, ich wioski spalone do gruntu samego. Ludność polską należy absolutnie zniszczyć. Śmierć każdego Lacha to metr wolnej Ukrainy. Albo będzie lechicka krew po kolana, albo Ukrainy nie będzie. Musimy zatem Polaków w pień wyciąć. […] Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Rozwiążemy sprawę polską tak, jak Hitler sprawę żydowską. Likwidować ślady polskości, zniszczyć polskie chaty, zburzyć ściany kościołów, aby nie pozostały ślady, że tam kiedykolwiek ktoś żył. Jeśli cokolwiek zostanie, to Polacy będą mieli pretensję do naszych ziem”. W konsekwencji, dowódca UPA na Wołyniu, Dmytro Klaczkiwski, rozkazał swoim siepaczom „całkowitą, powszechną, fizyczną likwidację ludności polskiej”. I poszła ta krwiożercza banda od wsi do wsi mordując wszystkich Polaków, którzy wpadli w ich zbrodnicze łapy, wykrzykując przy tym: Jak bude krowi po kolina, bude wilna Ukrajina! Slawa Ukrajini, herojam slawa! Slawa naciji, Lacham smert!
Zwrot w podejściu do Ukrainy
W momencie, gdy Polacy zaczęli zmieniać swój stosunek do Ukrainy na bardziej wstrzemięźliwy lub negatywny, to wtedy część polityków zaczęła radykalizować język swojego przekazu, dostosowując się do nastrojów elektoratu. Tylko centrolew, wiedziony ślepą miłością do Ukraińców i równie nieprzytomną nienawiścią do prawicy, nie zmienił kursu i zmierza wprost na skały. Dzieje się tak dlatego, że rząd wicekanclerza Tuska jest całkowicie uzależniony od zewnętrznych ośrodków decyzyjnych i bez względu na opinię Polaków, musi być posłuszny woli Berlina i Brukseli, które życzą sobie bezwarunkowego wsparcia dla Zełenskiego. Oprócz pozaparlamentarnych środowisk patriotycznych i partii Brauna, które w różny sposób domagały się powstrzymania ukrainizacji Polski, reszta prawicowego mainstreamu dokonała raczej taktycznego zwrotu przez rufę, wyczuwając zmieniający się kierunek politycznego wiatru. Jarosław Kaczyński, co prawda, już w 2017 roku zapowiadał, że „Ukraina z Banderą nie wejdzie do Europy”, ale polityka rządu Morawieckiego raczej temu przeczyła. Teraz tę samą deklarację wygłasza przy byle okazji Kosiniak-Kamysz, lecz jest w tej kwestii zupełnie niewiarygodny, bowiem już dawno utonął w cuchnącym bagnie centrolewu, a jak wiadomo tonący desperat nawet brzytwy się chwyta…
Niemniej jednak trzeba odnotować, że główna partia opozycyjna dokonała pewnych ruchów, które mogą zmierzać do zweryfikowania jej dotychczasowej polityki względem Ukrainy. Oczywiście wpłynął na to wybryk Zełenskiego, który postanowił dowartościować pogrobowców UPA, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… Wróciła więc na wokandę sprawa projektu ustawy złożonego w Sejmie przez posłów PiS w 2025 roku, która zakłada nowelizację przepisów o IPN i niektórych punktów Kodeksu karnego. Celem tego projektu jest umożliwienie wytoczenia procesu karnego osobom zaprzeczającym sprawstwu ukraińskiego ludobójstwa dokonanego na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ustawa ma potępiać zbrodniczą działalność OUN i UPA oraz spowodować, by „kłamstwo wołyńskie” było ścigane i napiętnowane tak samo jak „kłamstwo oświęcimskie”. Przemysław Czarnek złożył też niedawno w parlamencie projekt uchwały mającej zablokować akcesję Kijowa do UE. Stwierdził przy tej okazji, że „trzeba zmusić Unię Europejską, również naszą pozycją w Unii Europejskiej, do tego, żeby zaprzestać na ten moment finansowania w jakikolwiek sposób zbrojeń na Ukrainie i odbudowy Ukrainy, dopóki Ukraina nie wejdzie na ścieżkę wartości proludzkich”. Został za tę ostrą wypowiedź upomniany przez Kaczyńskiego, który w serwisie X napisał: „Prawo i Sprawiedliwość stoi i zawsze stało na stanowisku, iż pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrzebna. To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa. Sprawa wypowiedzi pana Czarnka zostanie wyjaśniona przez kierownictwo partii”. Jednak już 6 sierpnia 2026 roku Tobiasz Bocheński, na konferencji programowej PiS, zapowiedział, że jego partia po ewentualnym powrocie do władzy w 2027 roku podejmie decyzję o deportacji Ukraińców w wieku poborowym, którzy nie pracują legalnie w Polsce. Uzasadnił to tym, że „będą mieli okazję walczyć o swoją ojczyznę, żeby horror tej wojny się szybko zakończył”. Jak więc widać, PiS przynajmniej werbalnie stał się antyukraiński, ale nie można tego samego powiedzieć o „złotoustym” Mateuszu, który właśnie finalizuje rozwód z prezesem Kaczyńskim. Jan Maria Rokita, obecny na założycielskim grillu nowej partii Morawieckiego, którego od dawna reklamuje jako męża opatrznościowego Polski, popisał się bowiem skandaliczną wypowiedzią na temat relacji polsko-ukraińskich. Ten niedoszły „premier z Krakowa” stanowczo stwierdził, że „wspieranie Ukrainy pozostaje podstawowym interesem Polski niezależnie od tego, kto sprawuje władzę w Kijowie i jaki ustrój obowiązuje u wschodniego sąsiada”. W jego opinii „na Ukrainie może być Bohdan Chmielnicki, tam może być skrajna dyktatura, może być Zełenski. Każdy, kto chce odpychać Rosję od granic Polski”. Nawet na pytanie: czy sojusznikiem Polski może być państwo odwołujące się do symboliki związanej z dywizją SS „Galizien”? – Rokita odpowiedział twierdząco, że powinniśmy wspierać „każdą Ukrainę, bo to jest fundamentalny interes państwa polskiego”. No, no, trzeba przyznać, że zagalopował się ten advocatus diaboli w obronie Banderlandu, ale nie można też nie zauważyć, że siedzący obok niego Morawiecki nawet się nie wzdrygnął, gdy słuchał tego żenującego manifestu ukrainizmu. Przyjął to ze stoickim spokojem, bo widocznie podziela opinię Rokity i nadal zamierza bezrefleksyjnie wspierać „braci” z Kijowa.
Jednak na razie nic nie wskazuje na to, by projekty złożone przez PiS zostały uchwalone przez Sejm, bo zadba o to towarzysz marszałek Czarzasty, zawsze wierny ukraińskiej racji stanu. Tym bardziej, że kijowski MSZ już zdążył zaapelować do polskich posłów o „rozwagę” przy rozpatrywaniu propozycji zakazu propagowania banderowskiej ideologii. Heorhij Tychyj, rzecznik ukraińskiego MSZ, oświadczył: „Ukraina uważnie śledzi przebieg prac nad projektem ustawy o IPN i Kodeksie karnym w Sejmie RP. Apelujemy do strony polskiej o rozwagę. Ostrzegamy stronę polską przed jednostronną eskalacją napięcia. Zamiast tego Ukraina proponuje skoncentrować się na konkretnych działaniach na rzecz zmniejszenia napięć, w tym tych omawianych podczas niedawnego spotkania ministerialnego, wykorzystaniu istniejących mechanizmów i instrumentów bilateralnych, maksymalnym zaangażowaniu narzędzi dyplomatycznych oraz intensyfikacji profesjonalnego dialogu historycznego w ramach Polsko-Ukraińskiego Kongresu Historyków”. Wyraził również przekonanie, że Ukraina i Polska „są skazane na dobrosąsiedzkie stosunki” w imię „ochrony niepodległości, wolności i bezpieczeństwa przed wspólnym wrogiem w Moskwie”. Niestety, trzeba zauważyć, że groźby płynące z Kijowa padają na podatny grunt, o czym świadczy wzmożona aktywność ukraińskiej V kolumny, która za wszelką cenę chce zabezpieczyć interesy Ukrainy, nawet kosztem Polski.
Z pozytywnych aspektów, które w jakiejś mierze udało się zrealizować, można natomiast wymienić umiędzynarodowienie sprawy upamiętnienia Rzezi Wołyńskiej. Z polskiej inicjatywy doszło bowiem do debaty w Parlamencie Europejskim na temat ukraińskiego ludobójstwa i gloryfikowania przez Zełenskiego bandytów z UPA. Na unijnym forum głośno wybrzmiały fakty świadczące o ponurej przeszłości Banderlandu i haniebnym zachowaniu jego obecnego prezydenta oraz prawda o tym, że współczesna Ukraina wcale się nie zeuropeizowała, tylko wręcz przeciwnie, coraz bardziej się banderyzuje. W przyjętej rezolucji nie potępiono wprost ukraińskiego ekstremizmu, ale wyrażono „ubolewanie nad niepotrzebną i niesprowokowaną eskalacją spowodowaną przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, polegającą na nadaniu elitarnej jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imienia »Bohaterów UPA«”. Europarlament stwierdził też, że „zwłaszcza w świetle niezachwianego wsparcia Polski dla Ukrainy w walce z rosyjską agresją zaniedbano fakt, że kwestia ta jest delikatna i bolesna dla polskiego społeczeństwa w kontekście szacowanej na wiele dziesiątków tysięcy liczby ofiar UPA i ich rodzin”. Zwrócono też uwagę, że decyzja podjęta przez Zełenskiego „szkodzi stosunkom dobrosąsiedzkim oraz wcześniejszym wysiłkom na rzecz rozwiązania nierozstrzygniętych i bolesnych aspektów w dwustronnych stosunkach historycznych w duchu prawdziwego i szczerego pojednania, a także nie jest zgodna z wartościami europejskimi”. Niesatysfakcjonującą formę rezolucji „zawdzięczamy” Europejskiej Partii Ludowej, do której należą europosłowie z KO i PSL, którzy zrobili wszystko, by rozmiękczyć jej treść i jak najmniej zaszkodzić Ukrainie. Odrzucili więc poprawkę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, którzy domagali się, żeby PE wezwał do nieotwierania kolejnych klastrów negocjacyjnych, dopóki Ukraina nie potępi etnicznych czystek prowadzonych przeciwko Polakom, a także masowych aktów okrucieństwa dokonywanych na ludności żydowskiej. Wzywali też władze w Kijowie do zdecydowanego potępienia banderowskiej ideologii i odrzucenia symboliki UPA oraz umożliwienia ekshumacji i godnego pochówku ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Trzeba też podkreślić, że w debacie szczególną aktywnością zaznaczyli się europosłowie z państw bałtyckich (Litwy, Łotwy i Estonii), którzy stanowczo sprzeciwiali się potępieniu UPA i starali się blokować lub osłabiać krytykę pod adresem Kijowa. Uznali bowiem, że PE nie powinien się mieszać do „polskich sporów historycznych z sąsiadami”. Widocznie wraz z Ukraińcami nadal czuwają się częścią brudnej „wspólnoty zbrodni” dokonywanych w czasie II wojny światowej na Polakach, Żydach i innych narodowościach zamieszkujących Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej. Świadectwem tego może być wciąż żywy kult Szaulisów – hitlerowskich kolaborantów na Litwie, czy też coroczne marsze ku czci łotewskiego legionu Waffen SS w Rydze lub gloryfikacja estońskich esesmanów. Postawa przedstawicieli państw bałtyckich stawia pod znakiem zapytania wartość naszego sojuszu z nimi, zwłaszcza, że w większości spornych spraw rozstrzyganych na unijnym forum opowiadają się one za interesami brukselskiej biurokracji i Berlina, a głosują przeciwko Polsce. Na miękką postawę unijnych biurokratów miały też zapewne wpływ zabiegi samego Zełenskiego, który, w podziękowaniu za „wybitne osobiste zasługi we wspieraniu Ukrainy oraz jej integracji europejskiej”, wręczył przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen pierwszy ukraiński Order Europy. Stwierdził przy tym: „Droga Ursulo, to jest nagroda, której nikt nie może unieważnić ani odebrać, bo słowo Ukrainy jest mocne” – co było wyraźnym przytykiem do prezydenta Nawrockiego za odebranie mu Orderu Orła Białego.
Jednak największą korzyścią płynącą ze sprowokowanego przez Kijów historycznego konfliktu z Polską jest wszczęcie ogólnonarodowej debaty, która niewątpliwie służy uświadomieniu, tak polskiej, jak i zagranicznej opinii publicznej, o skali ukraińskiego ludobójstwa i zbrodniczym charakterze band UPA. W mediach na całym świecie ukazało się wiele niepochlebnych komentarzy dla Zełenskiego i Ukrainy, czego zapewne nie przewidział zadufany w sobie kijowski dzierżymorda. W Czechach pojawiła się nawet parlamentarna inicjatywa partii SPD, żeby wzorem Polaków odebrać ukraińskiemu prezydentowi Order Białego Lwa. W ten sposób skrywana dotychczas prawda o rzeczywistym obliczu Banderlandu wychodzi na jaw, co będzie miało przykre konsekwencje dla stepowego „imperium”…
Strzeżcie się Ukraińców niosących dary…
W połowie lipca 2026 roku pojawiła się nagle oferta Zełenskiego, który zapowiedział, że niebawem będą wydane nowe zgody na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne ofiar ukraińskiego ludobójstwa oraz „zostaną otwarte wszystkie archiwa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i Służby Wywiadu Zagranicznego, dotyczące tragicznych wydarzeń XX wieku na Wołyniu”. Podobne zapewnienie złożył też szef ukraińskiego IPN, Ołeksandr Ałfiorow, który stwierdził, że „zgody na ekshumacje po zakończeniu prac poszukiwawczych wydawane będą praktycznie natychmiast”. Jednak wbrew tym zapewnieniom, od których minęło już parę miesięcy, o zezwoleniach ani widu, ani słychu… Można więc podejrzewać, że były to tylko czcze obietnice, obliczone na doraźne złagodzenie napięcia we wzajemnych relacjach, zwłaszcza, że Zełenski musiał się zająć gaszeniem wewnętrznych pożarów, które wybuchły po jego nieudolnej rekonstrukcji rządu i ujawnieniu nowych afer korupcyjnych. Dlatego propozycja historycznego resetu złożona przez ukraińskiego prezydenta, powinna być raczej rozpatrywana, jako gra pozorów prowadzona w celu zmylenia Polaków, niż jako szczera wola normalizacji stosunków polsko-ukraińskich. Na 26 wniosków złożonych w 2025 roku przez polski IPN o pozwolenie na prace poszukiwawcze i ekshumacje, tylko parę z nich zostało rozpatrzonych pozytywnie, a reszta musi być niestety powtórzona, ponieważ wnioski ważne są tylko przez jeden rok kalendarzowy. Ukraińska biurokracja robi zaś wszystko, aby przewlekać ich procedowanie. Polscy historycy szacują, że tylko na samym Wołyniu było ponad 2500 polskich miejscowości, z których około 1500 zostało całkowicie zniszczonych przez UPA. W latach 1943-1947 zbrodniczą działalnością banderowców zostało dotkniętych w sumie około 4000 miejscowości na terenie Wołynia, Małopolski Wschodniej, Lubelszczyzny i Podkarpacia, a liczba ofiar przekroczyła 120 tys. osób. Dlatego Leon Popek, badacz Zbrodni Wołyńskiej i historyk z lubelskiego IPN, ocenił, że „w obecnej sytuacji, związanej między innymi z legislacją i procedurami, ekshumacje na samym Wołyniu to kwestia następnych kilkuset lat”…
Podobnie może być z otwarciem ukraińskich archiwów, ponieważ polscy historycy podkreślają, że były one w przeszłości już dość dobrze zbadane. Dlatego jest mało prawdopodobne, żeby z ponownej kwerendy wyniknęły jakieś rewelacyjne odkrycia, co ma oczywiście związek z wcześniejszym niszczeniem materiałów kompromitujących dla Kijowa. Trudności, z jakimi borykają się badacze dążący do odkrycia prawdy o ukraińskim ludobójstwie opisał Zbigniew Bartuś, który stwierdził, że: „Zbrodniarzom sprzyja wszystko. Brak dokumentów (niszczyli je sami), śmierć świadków (wielu zabili sami), upływ czasu zabierający ludziom pamięć, strachy czające się w ludzkich głowach na każde wspomnienie, wreszcie – koszmary dręczące tych, co wiedzą”. Nie możemy też liczyć na zmianę postawy obecnych władz ukraińskich w kwestii gloryfikowania banderowców i na cofnięcie decyzji o nadaniu nazwy „Bohaterów UPA” jednej z elitarnych jednostek wojskowych, bo to zdaniem Zełenskiego byłoby okazaniem słabości. Dlatego na kpinę zakrawają podsuwane nam nieoficjalnie pomysły rekompensaty w postaci powstrzymania się od podjęcia decyzji o nadaniu 67. Brygadzie Zmechanizowanej imienia Romana Szuchewycza. Kuriozalnie też brzmią propozycje Budanowa, który wyskoczył z koncepcją powołania wspólnej komisji historycznej, w celu poszukiwania po obu stronach kontrowersyjnych bohaterów, co w oczywisty sposób zmierzałoby do stworzenia wymarzonej przez Ukraińców symetrii win.
Osobiście nie wierzę w dobrą wolę polityków z Kijowa w sprawie zażegnania historycznego sporu z Polską, bowiem ukrywanie prawdy o ukraińskich zbrodniach jest jednym z filarów ich polityki. Nie powtórzy się też raczej sytuacja z lat 2010-2011, gdy za prezydentury Wiktora Janukowycza ukraiński sąd uchylił dekret Juszczenki o nadaniu Stepanowi Banderze tytułu „Bohatera Ukrainy”. I nie zmienią tego żadne ustępstwa z naszej strony, czy powtarzanie sloganu, że „Ukraina z Banderą nie wejdzie do Unii”, ponieważ z wielu innych powodów nie stanie się ona członkiem europejskiej „wspólnoty”. Dlatego zapewne stepowe „imperium” pójdzie na dno z Banderą na sztandarze, bo jego skorumpowani władcy zainteresowani są jedynie korzyściami płynącymi z Zachodu, lecz wcale nie mają zamiaru dostosowywać się do cywilizacyjnych standardów, które nie obejmują kultu masowych zbrodniarzy. Nie ufajmy więc Ukraińcom niosącym „dary”, ponieważ są to gesty podszyte podstępem, a oni sami zbyt często okazują nam brutalność i pogardę, wynikającą z genetycznej nienawiści do Lachów, rozwiniętej w toku banderowskiej indoktrynacji. Przy byle okazji biją nas po pysku i korzystając z momentu naszego oszołomienia wyciągają lipną propozycję ugody, mówiąc: bierzcie co dajemy i cieszcie się z tej oferty, bo inaczej znowu dostaniecie po pysku… Polacy są dumnym narodem i dlatego nie możemy klękać przed potomkami rezunów i hajdamaków, bo to by skalało pamięć naszych bohaterskich przodków. Natomiast uległość okazywana Ukraińcom, tylko ich rozzuchwala, bowiem są oni ukształtowani w sowieckim duchu i „każdą słabość odczytują jako zachętę do większej agresji i wchodzenia nam na głowę”.
Tym bardziej musimy się strzec podstępnej polityki Kijowa, bo w naszym własnym kraju działa aktywnie wpływowe lobby ukraińskie, które zrobi wszystko, aby zaszkodzić Polsce i jednocześnie wzmocnić samostijną Ukrainę. Przykładem niebezpiecznej dla nas pułapki jest pomysł zgłoszony przez wicekanclerza Tuska, który stwierdził, że zamierza w Warszawie postawić „Mur Pamięci z wiecznym ogniem i nazwiskami każdej odnalezionej i zidentyfikowanej ofiary wojen XX wieku w Ukrainie”. Ponieważ jego zdaniem: „Pamięć nie może być sługą nienawiści, a odpowiedzią na nacjonalizm nie może być więcej nacjonalizmu”, bo „współczesna Europa została zbudowana na prawdzie historycznej, która prowadzi do pojednania”. Jednak nie podzielam tego urzędowego optymizmu, ponieważ Europa jest raczej ufundowana na zbiorowej amnezji, czego wyraźnym objawem jest wypieranie się przez Niemców winy za dokonane zbrodnie i ich niechęć do zadośćuczynienia Polsce za doznane krzywdy. Mur Pamięci mógłby być ciekawą inicjatywą, która przyczyniłaby się do upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa, ale faktycznie jest to tylko propagandowa zagrywka Tuska i dlatego zapewne nigdy się nie zmaterializuje. Natomiast wychodzi ona naprzeciw oczekiwaniom proukraińskich środowisk, które chcą nas wciągnąć w bagno spekulacji prowadzonych przez banderowskich rewizjonistów, podważających masowy i ludobójczy charakter zbrodni UPA. Świadczy o tym wypowiedź Jacka Żakowskiego, który, w rzadkim przypływie „szczerości”, stwierdził: „Bardzo dobrze, że Donald Tusk wymyślił ten Mur Pamięci, bo on pozwoli policzyć realną liczbę ofiar. Dziś słyszymy o jakiś kosmicznych 120 tys. ofiar. Nic na to nie wskazuje, nie ma żadnych przesłanek materialnych, żeby taką liczbę podawać. Kilkadziesiąt tysięcy, to jest realistyczna ocena”. No właśnie, a teraz sobie wyobraźmy, że Ukraińcy kontynuują celową obstrukcję prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych, na Murze Pamięci przez wiele lat widnieje skromna liczba polskich ofiar, których tożsamość zweryfikowano w żmudnym procesie badań DNA, natomiast „słudzy Ukrainy”, zatrudnieni w naszych instytucjach, skrzętnie liczą domniemane ofiary polskiego „odwetu”… Stąd jest już bardzo blisko do zakwestionowania przez „naukowe autorytety” nie tylko skali ukraińskiej zbrodni, ale także jej ludobójczego charakteru. W konsekwencji ośmieleni osobnicy pokroju Żakowskiego będą mogli sobie pozwalać na takie wypowiedzi: „Prezydent Nawrocki potępia nacjonalizm ukraiński, potępia radykalny nacjonalizm niemiecki. Polski nacjonalizm w ogóle nie jest wspomniany jako źródło zła, a to była jedna z pra-przyczyn zbrodni wołyńskiej. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że politycy napędzani przez Putina, jedni świadomie inni nieświadomie, opowiadają nam pewną wizję przeszłości, która jest niezgodna z przyszłością”. W ten właśnie sposób współcześni „inżynierowie ludzkich dusz”, kierujący się metodologicznymi wskazówkami towarzysza Stalina, fałszują naszą historię i zniekształcają rzeczywistość, w której żyjemy. Osobnicy ci, zdaniem prof. Bogumiła Grotta: „Starają się tuszować czy też pomniejszać zbrodnicze praktyki szowinistycznych nacjonalistów ukraińskich, równocześnie atakując przy każdej okazji nacjonalizm polski oparty przecież na zupełnie innych podstawach światopoglądowych”. Wiadomo przecież nie od dziś, że George Orwell, pisząc książkę „Rok 1984”, nie mylił się twierdząc, że: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość”.
Kresowa ziemia skrywa szczątki polskich męczenników
Na obszarze ziem kresowych II Rzeczypospolitej spoczywają w dołach śmierci niepogrzebane szczątki kilkuset tysięcy Polaków, brutalnie pomordowanych przez Niemców, Rosjan, Białorusinów, Litwinów i w szczególności Ukraińców, którzy robią wszystko, aby utrudnić ich ekshumacje. Pomimo tego, że nawet zdeklarowany ukrainofil, Radek Sikorski, zwracał się w 2024 roku do swoich braci z Kijowa, tłumacząc im, że: „W sprawie ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej mamy w Polsce zgodę narodową. Kwestia ekshumacji ofiar nie jest kwestią polityczną, nie powinna być przedmiotem targów, tylko jest chrześcijańskim obowiązkiem. Gdy Polska odzyskała wolność w naszym kraju były niezałatwione kwestie ekshumacji żołnierzy najeźdźcy, jakim był Wehrmacht. Myśmy się nie targowali z Niemcami, tylko pozwoliliśmy im ekshumować i pochować swoich żołnierzy. Powiem więcej – nie targowała się także Ukraina. W Ukrainie w ostatnich kilkudziesięciu latach pochowano ponad 100 tys. żołnierzy najeźdźców, żołnierzy Wehrmachtu”. Dodał również: „Mam jedną prośbę do strony ukraińskiej: potraktujcie ofiary Rzezi Wołyńskiej nie gorzej niż żołnierzy Wehrmachtu, którzy zostali ekshumowani i pochowani”. Ponieważ, jego zdaniem: „Im szybciej strona ukraińska to zrealizuje, tym szybciej ten temat zniknie z naszych dwustronnych stosunków, tym mniejszym będzie obciążeniem w procesie wchodzenia Ukrainy do Unii Europejskiej. To jest w interesie Ukrainy”. Muszę przyznać, że w zasadzie zgadzam się z tą diagnozą, chociaż z „panem na Chobielinie” nic mnie nie łączy, ale za to bardzo wiele dzieli. Niemniej jednak adresaci tego ministerialnego apelu nie wzięli sobie do serca zaleceń Sikorskiego i idą w zaparte w kwestii odmowy godnego pochówku naszych rodaków. Nie dają nam zgody na ekshumacje lub przeciągają biurokratyczne procedury, ciągle nas szantażują lub targują się niczym żydowscy handlarze starzyzną. To oburzające zachowanie ujawniło się ostatnio, gdy Ukraina wydała w końcu zgodę na ekshumacje w Hucie Pieniackiej i Ugłach na Wołyniu, bo kijowskie władze chciały przy tej okazji wyłudzić od nas przekazanie im za darmo pocisków do wyrzutni Patriot. We wcześniejszych latach ukraiński szantaż sprowadzał się przede wszystkim do próby wymuszenia na Polakach zgody na upamiętnienie bandytów z UPA, pochowanych na terenie dzisiejszej Polski. Pogrobowcy banderowców domagali się pozwolenia na stawianie pomników, czczących ich jako „bojowników o samostijną Ukrainę”. I właśnie sprawa likwidacji takiego nielegalnie postawionego pomnika w Hruszowicach na Podkarpaciu, została w 2017 roku wykorzystana jako pretekst do zablokowania ekshumacji na Ukrainie. Mirosław Skórka przyznał zaś niedawno, że „to była reakcja na zniszczenie w Polsce 14 pomników upamiętniających bojowników UPA”. Widać więc, że gloryfikacja ludobójców na terenie naszego kraju miała wręcz masowy charakter, co zawdzięczamy bardzo aktywnej ukraińskiej V kolumnie. Dlatego nie ma się co dziwić, że Polacy wzięli sprawy w swoje ręce i zlikwidowali plugawe monumenty, zwłaszcza, że na Ukrainie niszczono wtedy upamiętnienia polskich ofiar i teraz też nie pozwala się na nagrobkach umieszczać napisów identyfikujących sprawców tych zbrodni.
Skala wykonanych ekshumacji jest mikroskopijna, bowiem od 1992 roku prace prowadzono zaledwie w kilku miejscowościach, spośród paru tysięcy zaatakowanych przez UPA, a do Ostrówek i Woli Ostrowieckiej na Wołyniu archeolodzy wracali aż cztery razy. Udało się dotychczas odnaleźć szczątki około tysiąca ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Podczas prac ekshumacyjnych zdarzały się także skandaliczne incydenty, jak ten z 2011 roku, gdy na dzień przed pogrzebem na cmentarzu w Ostrówkach, zjawiła się kilkunastoosobowa ekipa działaczy nacjonalistycznej partii Swoboda, ze Światosławem Szeremetą na czele, która zażądała otwarcia trumien i następnie przetrząsnęła ich zawartość. W dniu pogrzebu zwołali zaś konferencję prasową, na której oskarżyli polskich badaczy o zawyżanie liczby odnalezionych ofiar. Ukraiński IPN próbował też ukryć prawdę o sprawcach mordu w Puźnikach, gdy we wrześniu 2025 roku, opisując pochówek 42 Polaków zamordowanych przez UPA, zakwalifikował ich jako ofiary „sowieckich represji”. Ukraińcy mieli się także domagać, aby nie brano pod uwagę dzieci i niemowląt, bo to zmniejszyłoby faktyczną liczbę zamordowanych. Jednak sprawcą największego skandalu stał się Paweł Kowal, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych i pełnomocnik ds. odbudowy Ukrainy w rządzie Tuska, który nadzorował ekshumację w Puźnikach. Miał podobno wprowadzić cenzurę na dokumentowanie przez dziennikarzy prac ekshumacyjnych i zakazał publikowania zdjęć odnalezionych szczątków, tłumacząc się, że „to wszystko wymaga jawności, ale też pewnej delikatności”. W trakcie medialnej awantury, która się rozpętała po ujawnieniu intrygi Kowala, bronił go wiceminister kultury Wróbel, stwierdzając, że „cała sytuacja narażona jest na ataki rosyjskiej dezinformacji, więc należy być bardzo roztropnym i ostrożnym”. Jednak podobnych obiekcji nie miał polski IPN, który nie ograniczał dziennikarzom dostępu do miejsc ekshumacji w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej oraz opublikował bogaty materiał fotograficzny. Na miejsce prac przyjechali dziennikarze z 21 redakcji, także zagranicznych: „Wall Street Journal”, „Le Monde”, „Le Figaro”, „Deutsche Welle”, „ADR” i „Arte”. W ten sposób dokonało się umiędzynarodowienie wiedzy o Rzezi Wołyńskiej, co będzie miało wpływ na postrzeganie Ukrainy na świecie i utrudni Zełenskiemu grę na współczuciu dla biednych i skrzywdzonych Ukraińców.
Dlaczego kijowscy politycy i ich „polscy” poplecznicy tak bardzo starają się ukryć prawdę o ukraińskim ludobójstwie? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista, bowiem skala i metoda tej zbrodni są porażające, co można łatwo stwierdzić oglądając udostępnione zdjęcia. Większość ofiar została zamordowana w okrutny sposób, przy pomocy narzędzi będących do dyspozycji w gospodarstwie rolnym. Rozłupane i zmiażdżone czaszki polskich kobiet, dzieci i starców świadczą o niebywałym bestialstwie oprawców, pozbawionych jakichkolwiek skrupułów i odruchów litości właściwych dla cywilizowanych ludzi. Zastępca prezesa IPN, Karol Polejowski, ujawnił, że wśród szczątków wydobytych w Woli Ostrowieckiej dzieci stanowią „wstrząsająco wysoki” udział sięgający około 40% wszystkich ofiar. Nie może więc dziwić, że decydenci z Kijowa robią wszystko, co w ich mocy, aby utrudnić proces odkrywania prawdy o rezunach z UPA, których umieszczają na cokołach pomników. Prof. Ryszard Szawłowski wprowadził nawet specjalną definicję dla ukraińskich zbrodni: „Ludobójstwo ukraińskie na Polakach pod względem swej bezwzględności i barbarzyństwa […] znacznie przewyższa ludobójstwa niemieckie i sowieckie. Dlatego wysunąłem nową koncepcję kwalifikowanej formy ludobójstwa, proponując dla niej termin łaciński GENOCIDIUM ATROX – genocyd okrutny, okropny, dziki, straszny”. Zdaniem Lucyny Kulińskiej, zrobił to dlatego, że „okrucieństwo i bezwzględność, z jakimi traktowano napadniętych, pastwienie się nad ofiarami i stosowanie wobec nich wyrafinowanych tortur zasługują na szczególnie potępienie”.
W sprawie upamiętnienia i godnego pochówku ofiar ukraińskiego ludobójstwa, a także napiętnowania i choćby symbolicznego rozliczenia sprawców można zrobić więcej, ale do tego potrzebna jest odwaga i dobra wola polityków rządzących Polską. Niestety, dopóki będą o tym decydować takie osobliwe egzemplarze, jak Paweł Kowal, mieniący się „znawcą” stosunków polsko-ukraińskich, to nic pozytywnego nie zdziałamy. W wywiadzie dla Interi.pl udzielonym w lutym 2024 roku, stwierdził bowiem, że: „Obecnie nic nie da się uzyskać. Dogadać się można jedynie na ekshumacje i oznaczenie grobów. Jeżeli Ukraińcy uznają, że nie jest to dla nich ważna rzecz, trzeba poczekać, aż zmienią zdanie. Przecież nie będziemy działać na siłę. Jeżeli ktoś ma pomysł, żeby co drugą ulicę na Ukrainie nazwać arterią Romana Szuchewycza, niech to zrobi. To nie jest powód do najeżdżania na Ukrainę”. I dalej ciągnąc swój skandaliczny wywód, oświadczył: „Mówimy o zbrodni dokonanej przez polskich obywateli na innych polskich obywatelach. Jedni byli narodowości ukraińskiej, drudzy polskiej. Nie uznajemy zmiany tej granicy, której dokonano w 1939 roku. To była część Polski pod okupacją niemiecką lub nieformalną okupacją sowiecką. Zbrodnia nie obciąża państwa ukraińskiego, bo nie istniało”. Nic dodać, nic ująć, tylko na zbity pysk wywalić go z roboty, bo przynosi wstyd państwu polskiemu i szkodzi naszym interesom. Nie ma też żadnego powodu, aby podatnicy utrzymywali takiego antypolskiego szkodnika. Natomiast w kwestii nieudolnej próby uwolnienia współczesnego Banderlandu od odpowiedzialności za zbrodniczą działalność UPA, to przyznaję, że przedstawił ciekawą wykładnię. Jeśli bowiem pójdziemy w ślad za jego rozumowaniem, że w czasie II wojny światowej państwo ukraińskie nie istniało, że nie uznajemy też zmiany naszej granicy wschodniej dokonanej po 17 września 1939 roku oraz że zbrodniarzami byli osobnicy, którzy nie mieli obywatelstwa ukraińskiego, tylko polskie, to w konsekwencji nasuną się nam ciekawe wnioski. Mianowicie, skoro Ukraina nie ma zamiaru rozliczyć zbrodni OUN-UPA i nie chce potępić sprawców oraz blokuje możliwość godnego pochówku naszych pomordowanych rodaków, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wziąć sprawy w swoje ręce… Osobiście bowiem nabieram coraz bardziej przekonania, że w omawianych kwestiach, które dręczą nasze sumienie narodowe, wtedy dopiero doświadczymy spokoju ducha, gdy nad Wołyniem i Małopolską Wschodnią ponownie załopoczą polskie flagi, a banderowskie chwasty zostaną z tej umęczonej ziemi wyrwane z korzeniami…
Podsumowanie
Z przedstawionej analizy wyłania się niezwykle ponury obraz relacji polsko-ukraińskich, co nie może napawać nas optymizmem, ale dla własnego dobra lepiej żebyśmy spojrzeli prawdzie w oczy, niż mielibyśmy się karmić złudzeniami. Ukraina bowiem nie jest wcale naszym przyjacielem czy sojusznikiem, lecz jedynie wrogiem naszego wroga, co w konsekwencji musi zdeterminować naszą postawę względem tego państwa. Dzisiaj na własnej skórze przekonujemy się, że Feliks Koneczny nie mylił się, pisząc dawno temu o braku możliwości porozumienia się Polaków z Ukraińcami. Ocenił wtedy, że „choćby nie wiedzieć co dla nich zrobić, oni będą i tak naszymi wrogami”. Podobne zdanie wyraził Henryk Sienkiewicz na kartach swojej powieści „Ogniem i mieczem”, który napisał w podsumowaniu tragicznego w skutkach kozackiego buntu, że „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą”. Dzisiaj to my, będąc kolejną zmianą w historycznej sztafecie pokoleń narodu polskiego, musimy sobie odpowiedzieć na odwieczne i zasadnicze pytanie: kim są dla nas Ukraińcy?
W kontekście bieżących wydarzeń nie ulega wątpliwości, że aktualna awantura o wciąż żywą historię, bolesne symbole i skandaliczne gesty, to nie jest konflikt wyłącznie z ekipą Zełenskiego, nazywaną sarkastycznie „opcją prodolarową”, lecz ze znacznym odłamem ukraińskiego społeczeństwa, które swoją tożsamość ukształtowało na nienawiści do Polaków. Nietrudno też zauważyć, że na Ukrainie dominuje propaganda uprawiana przez banderowskich ekstremistów i nic nie wskazuje na to, żeby jakikolwiek głos zdrowego rozsądku mógł się przebić przez ten zjadliwy bełkot. W tak toksycznej atmosferze nie da się wypracować satysfakcjonującego porozumienia, bo Ukraińcy negują zbrodniczy charakter UPA i wypierają się jakiejkolwiek winy za ludobójstwo na polskiej ludności. Czas więc skończyć z pojednawczymi gestami i nazywaniem banderowskiego szamba perfumerią, bo to nas tylko moralnie rozbraja w walce o historyczną prawdę i pamięć. Prof. Bogumił Grott stwierdził kiedyś, że: „Miękkość i przemilczenia nie prowadzą do pożądanych skutków. Dla pogrobowców OUN będą świadectwem tylko słabości i zachętą do kontynuowania naporu w tej czy innej formie. […] Niezbędny jest odpowiedni duch, który w centrum uwagi postawi interes narodowy i pozbędzie się widocznej obecnie nijakości politycznej prowadzącej donikąd, z której może skorzystać nadal żywy szowinistyczny nacjonalizm ukraiński”.
Dlatego można uznać, że zainicjowany decyzją prezydenta Nawrockiego proces odkłamywania relacji polsko-ukraińskich jest pozytywnym trendem. Ponieważ, wbrew opiniom zdezorientowanych lub głupich komentatorów, konfrontacja do jakiej doszło przy okazji odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie jest bitwą o przeszłość i pogrążaniem się w nieaktualnej historii, lecz jest walką o przyszłość i obroną polskiej racji stanu. Prezydent pokazał w ten sposób, że granice naszej cierpliwości zostały przekroczone przez Ukraińców oraz że nie będzie już bezkarnego plucia na Polskę. Jednocześnie obnażył wrogą nam postawę ukraińskiego lobby działającego w naszym kraju, które opanowało kręgi rządowe i opiniotwórcze, co umożliwia poplecznikom banderowców organizowanie antypolskiej nagonki. Musimy więc zmobilizować całą patriotyczną opinię w Polsce do obrony naszego dobrego imienia i do przeciwstawienia się fałszerzom polskiej historii. Wszyscy, którzy czują i myślą po polsku, powinni się włączyć do walki o nasze zagrożone imponderabilia. Musimy wywrzeć skuteczną presję na polityków, żeby wreszcie uchwalili w Sejmie penalizację banderyzmu i zaprzestali finansowania wrogiej agentury. Trzeba też ciągle domagać się bezwarunkowej ochrony naszych interesów narodowych we wszystkich aspektach relacji polsko-ukraińskich, pamiętając przy tym, że „jesteśmy Polakami – więc mamy obowiązki polskie”…
Gdańsk, wrzesień 2026 r.


