W ostatnim czasie coraz częściej dochodzi do sytuacji, gdy przedstawiciele władz państwowych i „wybrańcy narodu”, szczególnie reprezentujący rządzącą koalicję PO-PSL, podczas swoich wystąpień publicznych wygwizdywani są przez uczestników różnych obchodów. Z okazji rocznicy wyborów kontraktowych w czerwcu 2009 roku, polski lud okazał brak „szacunku” dla wicepremiera Pawlaka, marszałka Borusewicza i prezydenta Adamowicza, a zrobił to tak skutecznie, że w „ratowanie” sytuacji musiał się wdać prymas Glemp, nawołując mieszkańców Gdańska do opamiętania. W 2008 roku obchody 20. rocznicy strajków, też skończyły się skandalem, gdy na samo wspomnienie Lecha Wałęsy (nie było go na uroczystościach) i jego udziału w tych wydarzeniach, dwa tysiące ludzi obecnych przed pomnikiem Poległych Stoczniowców, zaczęło gwizdać, buczeć i obrzucać niewybrednymi epitetami oficjeli stojących na trybunie honorowej. Wobec tego, że Borusewicz stchórzył, roli obrońcy byłego prezydenta podjął się miejski włodarz Paweł Adamowicz, który zwymyślał Gdańszczan za „niegodne zachowanie”, co o mały włos nie skończyło się dla niego jeszcze większymi przykrościami, bowiem mieszkańcy Grodu nad Motławą znani są z braku pokory wobec władzy. Dlatego z jeszcze większą werwą zaczęli napierać na trybunę honorową, a nielubianych polityków z opresji uratowała dopiero interwencja arcybiskupa Głodzia i prezydenta Kaczyńskiego, którzy robili, co mogli, aby uspokoić rozjuszony tłum.
Przy okazji przygotowań do obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego, doszło do gorszących kłótni i przepychanek między prezydentem a premierem, o to, który z nich będzie reprezentował majestat Rzeczypospolitej na tych uroczystościach. Dlaczego? Ponieważ takie wydarzenia są znakomitą okazją do autopromocji, a to nabiera szczególnego znaczenia w dobie zbliżających się wyborów prezydenckich. Jednak nie musi się to podobać naszym rodakom, bowiem podczas obchodów na warszawskich Powązkach prezydent Kaczyński został zelżony przez rozgoryczonego mieszkańca stolicy, za co wytoczono mu sprawę karną o nawoływanie do waśni narodowościowych. Ciekawe, że akurat za to chcą go ukarać, a nie za obrazę godności prezydenta? Dostało się również Władziowi Bartoszewskiemu i jego kamratom z PO, którego wygwizdali kombatanci z AK, nie bacząc na jego konspiracyjną przeszłość.
W tym kontekście nie może nas dziwić, że coraz częściej władze różnych szczebli rezygnują z organizacji obchodów rocznicowych, a przedstawiciele rządzącej „elity” składają kwiaty pod pomnikami, tylko wtedy, gdy nie ma tam nikogo oprócz nich samych i ewentualnie mediów. Stało się to praktycznie stałą regułą w Gdańsku, gdzie w obawie przed reakcją mieszkańców i rozgoryczonych stoczniowców, kwiaty składane są przez delegacje władz lub „wałęsowców”, na długo przed rozpoczęciem uroczystości. Jak wielką obawę wywołują u polityków pomruki wściekłego ludu, niech świadczy to, że obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej, będą się odbywać na Westerplatte bez udziału mieszkańców, a publiczność mają zapewnić wyselekcjonowani goście i całe stado politycznych tuzów. No cóż, trudno się dziwić, że „autorytet” obecnej władzy mógłby nie wytrzymać konfrontacji z nastrojami społeczeństwa i mogłoby się to skończyć skandalem na oczach Putina i Merkel, co byłoby zabójczym ciosem dla „prestiżu” premiera Tuska. Wykazano więc czujność godną czekisty i zabroniono mieszkańcom uczestnictwa w uroczystościach. Zresztą można było ostatnio zauważyć, że kontakty premiera ze społeczeństwem zostały w ogóle ograniczone do minimum, a zastąpiły je specjalnie przygotowane ustawki, w stylu gierkowskich „wizyt gospodarskich” w terenie. Dlatego należałoby się przyjrzeć faktycznej popularności rządu w społeczeństwie, mierzonej nie fałszywymi sondażami, a skalą protestów społecznych i reakcjami zwykłych ludzi na widok polityków z rządowego świecznika. Widocznie musi to być poważny problem dla decydentów, skoro skrzętnie izolują się od społeczeństwa, nasilają propagandę sukcesu oraz ciągle kłamią, kłamią i kłamią…
Dla potrzeb kampanii do europarlamentu rządzący wymyślili sobie lipną sprzedaż Stoczni Gdańskiej, co rychło po wyborach okazało się fikcją. Teraz na użytek wyborów prezydenckich premier Tusk mami naród tym, że Polskę omija kryzys gospodarczy i że jesteśmy „zieloną wyspą”, gdy inni dookoła pogrążają się w kryzysie. Prawda jednak wygląda inaczej, niż to prezentują rządowe media. Zapaść gospodarcza w Polsce pogłębia się, o czym świadczą m.in. paniczne cięcia budżetowe robione przez rząd oraz przyspieszona wyprzedaż majątku narodowego. Ostatnio głośno jest o sprawie sprzedaży akcji KGHM Polska Miedź. Premier pomimo wcześniejszych obietnic, postanowił jednak sprzedać znaczną część udziałów należących do Skarbu Państwa, przeciwko czemu protestuje załoga kombinatu. W mojej opinii, jest to przejaw skrajnej niegospodarności, ponieważ według wcześniejszych deklaracji rządowych, z dywidendy pobieranej przez pięć lat od tej spółki uzyskałoby się więcej pieniędzy niż z jednorazowej sprzedaży akcji. Sprawa ta ukazuje bezsensowność prywatyzacji firm przynoszących państwu znaczne zyski. Natomiast przyspieszona wyprzedaż majątku narodowego służy tylko temu, żeby rząd mógł doraźnie załatać dziurę budżetową i nie musiał podnosić podatków, bo byłoby to niekorzystne dla wizerunku premiera Tuska, który podobno zamierza kandydować na urząd prezydenta RP. W takiej sytuacji, budżet jakoś się dopnie, propaganda w dalszym ciągu będzie utrzymywać naród w nieświadomości, a związkom zawodowym nałoży się kaganiec, w postaci znowelizowanej ustawy dotyczącej ich działalności. Po wygranych wyborach „nowa” władza będzie mogła podnieść podatki bez obaw o wyniki sondaży. Tak właśnie przebiega w Polsce proces podporządkowywania interesu państwa potrzebom partyjnej kampanii wyborczej. Tylko pogratulować sprytu towarzyszom z PO i PSL…
W związku z tym, można się spodziewać, że coraz częściej będzie dochodziło do gorszących scen na ulicach Warszawy i innych polskich miast, gdzie zdesperowani pracownicy będą próbowali bronić likwidowanych miejsc pracy oraz dochodzić swoich praw u bezdusznej i nieczułej na potrzeby społeczne władzy. A jak wygląda dialog społeczny według koalicji PO-PSL, mogliśmy przekonać się podczas manifestacji stoczniowców 29 kwietnia 2009 roku, gdzie bito pałkami i gazowano uczestników pokojowej manifestacji, a Tusk bawił się wtedy na bankiecie z zagranicznymi gośćmi, zaproszonymi na konwencję jego partii. Tak samo było 21 lipca 2009 roku przed halą KDT, gdzie poturbowano i potraktowano gazem protestujących handlowców. Tusk też nie miał wtedy czasu, bo akurat grał w piłkę z partyjnymi kolegami na jednym ze stołecznych stadionów. To są wymowne przykłady arogancji rządzących i pogardy, z jaką traktują polskie społeczeństwo.
Musimy więc spojrzeć prawdzie w oczy i wreszcie zrozumieć, że politycy dbają jedynie o swoje brzuchy, ulegają obcemu dyktatowi i kosztem naszego państwa realizują interesy zagranicznych koncernów. Natomiast kłamliwa propaganda i brutalne tłumienie pokojowych protestów są niewątpliwie objawami bezradności obecnej władzy, która za wszelką cenę chce się utrzymać przy „korycie”. Tyle tylko, że nie po to płacimy im pensje i diety, aby odpłacali nam znieczulicą na problemy krzywdzonych ludzi oraz brutalnością i arogancją wobec obywateli. Rząd powinien chronić Polaków przed wszelkimi przejawami wyzysku i prześladowania, a jeśli tego nie czyni, to działa na szkodę społeczeństwa i należy go jak najszybciej zmienić.
Artykuł ukazał się w piśmie „Polski Szaniec”, nr 3/2009, s. 14-15.


