W dzisiejszych czasach bardzo istotnym zagadnieniem jest kwestia potrzeby istnienia odrębności narodowych i państwowych w Europie. Apologeci Unii Europejskiej propagują wcale nie nową koncepcję utworzenia na Starym Kontynencie czegoś, co miałoby w ogólnych zarysach przypominać Stany Zjednoczone Ameryki. To nowe państwo federacyjne miałoby powstać na gruzach dotychczasowego europejskiego systemu politycznego, którego najbardziej charakterystyczną cechą jest wielość i różnorodność istniejących bytów państwowych. Funkcjonowanie dużej liczby państw o mocno zakorzenionej tożsamości narodowej i wielowiekowym dorobku cywilizacyjnym, a także różnorodność językowa i odmienność tradycji odcisnęły swoje mocne piętno na obliczu Europy.
Podejmowane zaś próby sztucznego łączenia tych często skrajnie różniących się wspólnot oraz ich odgórnej unifikacji mogą jedynie doprowadzić do powstania chaosu i wywołania nowych konfliktów narodowościowych. Z dnia na dzień nie da się przecież wymazać z pamięci narodów ich przeszłości oraz uświęconych pracą i walką tradycji. Nie mówiąc już o interesach narodowych poszczególnych państw, które jakże często nie dadzą się w żaden sposób pogodzić.
Dotychczasowy przebieg tworzenia Unii Europejskiej świadczy o tym, że to superpaństwo budowane jest wbrew woli Europejczyków, którym w większości krajów członkowskich odmówiono prawa do wypowiedzenia się w sprawie ich przyszłości. Natomiast tam, gdzie doszło do przeprowadzenia referendum większość obywateli głosowała przeciwko traktatowi lizbońskiemu, czego przykładem jest Irlandia i wcześniejsze głosowania nad konstytucją UE we Francji i Holandii.
Powstające państwo europejskie ma nikłe szanse na stanie się trwałym bytem politycznym, ponieważ nie opiera się na wspólnych wartościach, które łączyłyby wszystkie wchodzące w jego skład narody. Jedność unijna budowana jest w sposób czysto biurokratyczny i w oparciu o niedemokratyczne dyrektywy unijnych technokratów. Jest to bardzo kosztowne przedsięwzięcie, ponieważ ogromne wydatki ponoszone na utrzymanie armii dobrze płatnych urzędników i na działalność niewydolnego molocha biurokratycznego, poważnie obciążają budżety państw członkowskich, które w zamian faszerowane są propagandą unijną. Skrępowane są również coraz bardziej rozwijanym prawodawstwem wspólnotowym, które w niewielkim stopniu przystaje do warunków ich funkcjonowania.
Dlatego na Unię Europejską nie należy patrzeć, jako na lepszą alternatywę wobec państw narodowych, tylko jak na społeczny eksperyment na żywym ciele Europy, który w założeniu miał przynieść korzyści jedynie licznej grupie biurokratów i polityków, wyzwolonych z więzów narodowych i hołdujących zasadom kosmopolityzmu. W obecnej rzeczywistości nic nie jest w stanie zastąpić państw narodowych, które nie dość, że w dziedzinie swojej aktywności społeczno-gospodarczej wypełniają większość zadań im przynależnych, od których Unia tradycyjnie stroni, to jeszcze robią to lepiej niż mogłaby zrobić przerośnięta biurokracja unijna. Pytanie tylko, jak długo przetrwa ten sezonowy twór i ile będzie nas kosztować jego rozpad?
Artykuł ukazał się w piśmie „Polski Szaniec”, nr 1/2010, s 2.


